4 maja -- dzień po święcie polskiej konstytucji -- i miesiąc przed wyborami do Parlamentu Europejskiego... To chyba dobry dzień, aby powiedzieć dlaczego chyba nie zamierzam wziąć udziału w czerwcowym głosowaniu.
Będzie prosto, łopatologicznie.
- podstawowa sprawa: mimo jakiegoś tam wykształcenia i wcale nie ograniczonego światopoglądu nie potrafię sobie przypomnieć -- do czego tak naprawdę służy europarlament? Po pierwszej kadencji naszych przedstawicieli można odnieść wrażenie, że deputowanym jest on potrzebny do zarabiania całkiem niezłych pieniędzy (pamiętacie zwiewającego Zwiefkę?), zwiedzania brukselskich lunaparów, wygodnego prowadzenia plotkarskiego blogaska (Ryś Czarnecki...) oraz urządzania sobie całkiem ciekawych wycieczek krajoznawczych (bo w jakim celu posłali tam Hołka -- nie wiem).
Po co zatem głosować na kolejnych amatorów wygodnego życia między Brukselą a Sztrasburgiem?
- porozmawiajmy o uprawnieniach... no cóż, te potrafią chyba wyliczyć tylko studenci prawa czy politologii, którym akurat przyszło zmierzyć się z tymi fascynującymi zagadnieniami, sami zainteresowani (chociaż też wątpię...) oraz pewnie paru dziennikarzy. Cała reszta -- w tym zachęcający nas do udziału w wyborach -- z pewnością nie ma na ten temat bladoszarego pojęcia.
Wystarczy zapamiętać jedno: jeśli myślicie, że uprawnienia PE są podobne do legislatyw krajowych, grubo się mylicie. Europosłowie mają niezbyt wiele do powiedzenia jeśli chodzi o obsadę Komisji Europejskiej (tu wszystko zależy od rządów krajowych, Parlament ma daną tylko możliwość przyklepania tego, co powie Sarkozy z Berlusconim, Merkel i Tuskiem). Owszem, deputowani mogą KE odwołać (2/3 głosów), aczkolwiek z uprawnienia tego skorzystali dotąd ledwie raz.
Nasi wybrańcy niewiele mają do powiedzenia jeśli chodzi o kształt "prawa europejskiego". Te wszystkie potworne dyrektywy to jednak dzieło Rady UE oraz komisarzy, których celem jest uszczęśliwienie ludzkości (albo ściśle: jej europejskiej części); parlamentarzystom nie pozostaje zwykle nic innego jak poprzeć decyzje KE;
W jakim zatem celu mamy wybierać członków fasadowego organu, skoro decyzje i tak zapadają z dala od sali obrad plenarnych?
- no właśnie, kto naprawdę rządzi w tej Unii??!
Model zależności politycznych jest dość prosty. Mamy rządy krajowe, które ugrywają skład Komisji Europejskiej oraz -- poprzez partie polityczne -- desygnują swoich ludzi (wygodnych półgłówków, niezdolnych do samodzielnego myślenia; działaczy, którym akurat się nie udało w kraju; barwnych cudaków -- bo kimże jest "czerwony Danny"?) do sprawowania pozornej kontroli nad Komisją...
Tak czy inaczej sprawa jest prosta: zamiast marnować czas na spieranie się, kto ma zasiadać w PE, lepiej zdobyć wpływ na rząd, który ma realny wpływ na to, kto jest komisarzem;
- zakładając, że wszystko co napisałem powyżej nieważne jest, bo i tak ktoś musi w ławach dla deputowanych zasiąść (co w pewnym sensie słuszne jest); pokażcie mi kandydatów, którzy szczerze pełnić swoje obowiązki będą, wolność miłując, biurokrację w ryzach trzymawszy?
Niestety, kandydaci oficjalni to wyłącznie entuzjaści dokręcenia europejskiej śruby: Traktatu Lizbońskiego, rozszerzenia kompetencji Unii. To ludzie, którzy mają problem z samodzielnym myśleniem, zaś nad samodzielne myślenie przedkładają marsz utartymi ścieżkami.
Ktoś mi powiedział niedawno, że alternatywą dla nich jest "Libertas"... Darujcie, nie wgłębiałem się wprawdzie w poglądy Tego, Który Powstrzymał Irlandię, ale jego polskie towarzycho jest równie wiarygodne, jak wicepremier Andrzej L.
Zresztą: po prostu nie pasuje mi krytyka Unii Europejskiej z punktu widzenia posmarowanego ksenofobią strachu przed obcymi i "liberałami", nie pasuje mi retoryka Giertychów i Wierzejskich -- powiedziałbym, że nie uważam, aby coś zagrażało polskości bardziej, niż wstyd wywołany działalnością pogrobowców po LPR.
Słowem: skoro alternatywą dla zachłyśniętych brukselskimi klimatami entuzjastów jest szloch spikerki Radia Maryja, to nie pozostaje mi nic innego jak zostać w domu i mieć to wszystko głęboko gdzieś.
Na killka tygodni przed wyborami europejskimi -- na które "trzeba" pójść -- jestem prawie pewien, że wytrwam w postanowieniu zbojkotowania tej fasadowej imprezy. Tym razem nie zagłosuję taktycznie, nie wmówię sobie teorii "mniejszego zła": nie ma dla mnie różnicy, czy większość będzie miała ekipa Platformy, SLD czy ludzie Kaczyńskich.
Myślę, że 7 czerwca bardzo chętnie zostanę w domu. Albo chętniej nawet -- kropnę się z psem na jakiś fajny spacer.



I znów kolejny długi łykend za nami, i znów 