Trudno być w tych stronach i nie skoczyć na Zaolzie.
Aby następnie -- nie wdając się w niepotrzebne polemiki, ale i nie sypać popiołu na głowę za nieswoje winy -- podzielić się z P.T. Czytelnikami garścią wakacyjnych przemyśleń.

Będzie od końca, bo czasem -- jak już zna się rezultat -- lepiej poprowadzić tok myślenia właśnie od skutku do przyczyny:
- aneksja Zaolzia przez Rzeczpospolitą Polską w październiku 1938 roku -- w tym samym czasie, kiedy hitlerowskie Niemcy wespół ze Zjednoczonym Królestwem i Francją drą na strzępy Czechosłowację -- przedstawia się u nas jako przejaw współpracy z nazistami;
- to nonsens: rząd polski nie brał udziału w monachijskiej konferencji, nie był jego stroną i nie miał wpływu na jego postanowienia (chociaż faktem jest, że Umawiające się Strony planowały zwołanie konferencji w sprawie Zaolzia);
- prawdą też jest, że jesienią 1938 r. wkraczające polskie wojska były witane kwiatami;
- a skoro kwiaty, to przecież nie dlatego, że witający mieli coś przeciwko; wręcz przeciwnie: i wówczas, i dziś mówi się tam o tych zdarzeniach jako o "wyzwoleniu";
- wynika to z tego, że polskie wojsko "zaanektowało" ziemie zamieszkałe w olbrzymiej większości przez Polaków;
- cofając się o dwie dekady prawie: w styczniu 1919 roku wojska Czechosłowackie, na rozkaz prezydenta Tomasza G. Masaryka, zaanektowały ziemie na południe i na północ od Olzy (a także Spisz i Orawę);
- ziemie te zamieszkiwała -- podobnie jak 20 lat później -- w większości ludność polska;
- i chociaż udało się, głównie przy udziale nacisków Francuzów, zmusić Czechów do wycofania się z części podbitych terenów -- co do pozostałej części miał zostać zorganizowany plebiscyt, w którym ludność miała się opowiedzieć czy chce mieszkać w Polsce czy w Czechosłowacji;
- ale żadnego plebiscytu nie było: Praga, mówiąc bez ogródek, wykorzystując letnią ofensywę Tuchaczewskiego (zatrzymaną dopiero w połowie sierpnia pod Warszawą), przystawiła polskiemu rządowi sowiecki rewolwer (generalnie warto mieć na uwadze, że polityka Czechosłowacka wobec Sowietów była diametralnie inna od Polskiej -- także po 1939 roku) do skroni -- i zażądała podziału Śląska Cieszyńskiego po swojemu -- i swego dopięła.
Stąd też można pokusić się o najprostsze podsumowanie: tak, Polacy może i dość nieelegancko zachowali się w 1938 r. odbierając upadającej Czechosłowacji kawałek Śląska Cieszyńskiego (grając ze dwie nuty w akcie rozbiorów Czechosłowacji) -- ale trzeba pamiętać, że była to li tylko odpowiedź na wcześniejszą aneksję (graną w akordzie z RKKA.
Generalnie można zatem powiedzieć, że przywrócenie po II wojnie światowej status quo sprzed października 1938 r. nastąpiło z pokrzywdzeniem zamieszkujących te ziemie Polaków.
PS na zdjęciu: Autor i Jego Pies pod polskim Klubem Polskiej Prasy i Książki w Czeskim -- bo podzielonym, ale już na szczęście mniej, niż jeszcze 5, a tym bardziej 20 lat temu -- Cieszynie.



Będzie na poważnie, ale i tak zjadliwie. Rocznica napaści Sowietów na Polskę to dobry czas na takie refleksje. I chociaż moja opinia nie jest szczególnie odkrywcza -- nie mogę sobie odmówić.
Nie burząc dzisiejszej atmosfery -- czas to podniosły, a że pogoda ciekawa, lepiej podefilować sobie gdzieś spokojnie -- chciałem zwrócić uwagę Szanownych Czytelników, że w pewnym sensie świętem czcimy dziś wydarzenie, którego nie było.