cytat na dziś: "Ma 14 dni na odwołanie, a my 30 dni na jego rozpatrzenie. W tym czasie zacznie obowiązywać ustawa, która skuteczniej będzie walczyć z niebezpiecznym substancjami" (ministerka Kopacz o zapowiedzianym odwołaniu w sprawie zamknięcia sklepów z dopalaczami)
Jak rząd chce, to umie działać szybko i (przynajmniej na krótką metę) skutecznie -- wystarczy popatrzeć na marsową minę premiera Tuska zapowiadającego wysłanie szwadronów AH-64 Apache i eskadr Thunderboltów przeciwko dopalaczom. Aż uwierzyć się nie chce, że to ten sam premier Donald I Twardoręki, który nie dał sobie rady z głupim obowiązkiem meldunkowym czy likwidacją belkowizny.
Rozsądny człowiek zapyta wprawdzie: jeśli dopalacze są naprawdę szkodliwe (a może i zakazane?), to dlaczego aparat urzędniczy rzucił się do kontrolowania i zamykania dopiero w sobotę? I dlaczego mimo nie tak dawnej nowelizacji przepisów proceder ten nadal kwitnie -- i jest ewidentnie legalny? (A dlaczego trudno będzie cokolwiek zakazać poczytać możecie u Wojtka Orlińskiego, który na temacie dopalaczy akurat się zna -- bo jest chemikiem z wykształcenia).
I druga wątpliwość: w jakim to państwie żyjemy, że władza ma siłę, by zmówić się przeciwko jakiejś -- legalnie działającej, z pewnością niezakazanej -- branży i nasyłać na nią (nie przymierzając jak w Rosji albo za komuny) różne służby? Aby wydaną bez podstawy prawnej decyzję o zamknięciu sklepów podpierać dosztukowywanym po czasie -- tak, by zdążyć przed rozpatrzeniem odwołania -- projektem ustawy? Mnie się zawsze wydawało, że kolejność powinna być odwrotna: najpierw zakaz, później egzekucja, ale nie od dziś wiadomo, że w Polsce burżuazyjne zasady praworządności nie przyjęły się w całości.
Tymczasem w antydopalaczowy ton doskonale wpasowała się inicjatywa "wolnych konopi", które maszerując chcą przekonać do legalizacji i depenalizacji używania marihuany. No bo przecież jeśli ktoś się boi dopalaczy -- że ich skład nieznany, że dosypują tam jakichś świństw (w co jestem w stanie uwierzyć -- ale do niektórych piw też dziś się czegoś dodaje, a jednak te popłuczyny nadal są legalne...) -- a wiadomo, że tak czy inaczej jest to walka z wiatrakami (25 lat temu telewizja identycznie grzmiała przeciwko narkomanom, jakieś łańcuchy czystych serc nawet robili) -- to trzeba pokazać, że władza nie działa w oszołomieniu, że nie chodzi o chwytliwe acz nierzeczowe hasełka.
Podkreślam: moim zdaniem jeśli Prezes Rady Ministrów chce naprawdę pokazać, że leży mu na sercu walka z dopalaczami, w pierwszym rzędzie powinien posłać kogoś z ministerstw zdrowia i sprawiedliwości do tych wolnych konopi -- albo i do Republiki Czeskiej, gdzie z początkiem tego roku już zmądrzeli i zezwolili na posiadanie niewielkiej ilości narkotyków i uprawę cannabis -- a następnie przestać robić ludziom gąbkę z mózgu.
Dalsze trwanie przy głupawym zakazie posiadania nieznacznej ilości środków odurzających na własny użytek (chodzi o zafundowane nam ustawą z 26 października 2000 r. (Dz.U. nr 103, poz. 1097) przez SLD (no tak, to był AWS) skreślenie ust. 4 w art. 48 ówczesnej ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii -- jak widać nie prowadzi do niczego dobrego.
PS żeby była jasność (bo niestety, część P.T. Czytelników nie chwyta niuansów): nie namawiam nikogo ani do palenia trawy, ani do dopalaczy -- jedno i drugie nie podoba mi się, podobnie zresztą jak papierosy czy inne bolsy.




