Zastanawiające: już jutro (dopiero teraz?) wejdą w życie przepisy pozwalające karać kierowców, którzy robią bydło na uliczkach osiedlowych czy parkingach przy hipermarketach.
Artystów, co to uważają, że wolno im wszystko i wszędzie widuję dość często. A to zaparkują swój dreswóz na miejscu dla niepełnosprawnych, a to po prostu postawią reklamę swojego chlebodawcy gdzie bądź -- albo tak zaparkują swoje wspaniałe auto w ciasnej uliczce osiedlowej, żeby tylko żadna karetka czy straż pożarna już na pewno się nie zmieściła (ta plaga jest szczególnie karygodna).
I ostatnia moda: rajdowcy kręcący bączki na sklepowych parkingach, zwykle w taki sposób, że inni użytkownicy dróg muszą swoje odczekać, zanim rozlatujące się Subaru nie spali kolejnych 2 milimetrów ogumienia.
Stąd nie mogę zrozumieć dlaczego tak długo te drobne ale uciążliwe patologie pozostawały bezkarne? Dlaczego nie było nawet sensu informować drogówki o takich zdarzaniach -- bo i tak nie mieli możliwości podjęcia interwencji? Dlaczego trzeba było lat, żeby tak banalna sprawa doczekała się załatwienia (załatwienia w sensie wyposażenia policji w kompetencje -- bo ani przez moment nie myślę, że oto od jutra tacy durnie znikną z tamtych miejsc; podobnie jak nie myślę, że od jutra policja rzuci się do ich patrolowania).
PS przy okazji: jeśli już zdążyliście się zachwycić pomysłem na wyposażenie uczniów jednego z łódzkich ogólniaków w kartę płatniczą jednego z banków (bez kryptoreklamy), dzięki czemu "w szkole będzie bezpieczniej, bo nie wejdą osoby nieuprawnione, a rodzice i szkoła będą wiedzieć, czy i w jakich godzinach uczeń był na zajęciach", a w dodatku dzieciaki będą mogły się jeszcze łatwiej uczyć (jak wydawać kieszonkowe) -- przeczytajcie komentarz Alka Tarkowskiego w Kultura 2.0.
Miałem napisać coś podobnego, ostrzej, ale jakoś zapomniałem.



