I jeszcze raz (może ostatni...) o sprawie, którą zanudzam P.T. Czytelników od początku tygodnia: dutki, dutki. Bo przecież wszyscy wiedzą, że ludzie idą na prawo tylko dla kasy -- i nie jest inaczej nawet z tymi prawnikami, którzy po studiach decydują się na inną ścieżkę, niż aplikacja.
Dla takich ludzików jak ja -- to miło, że ustawodawca nie zapomniał o nas -- stworzono w kodeksie postępowania cywilnego przepis, dzięki któremu powinniśmy móc liczyć na coś więcej, niźli tylko słowa uznania. Mam na myśli art. 98 par. 2 kpc, który mówi, że strona prowadząca proces osobiście albo przez nieprofesjonalnego pełnomocnika powinna otrzymać -- oczywiście w przypadku wygranej sprawy -- zwrot kosztów procesu: koszty dojazdu do sądu oraz równowartość utraconych zarobków (ale już nie koszty ewentualnych odpisów z KRS, które sądy namiętnie sobie kolekcjonują). Przy czym ja nie muszę ani się prosić, ani też przedstawiać żadnych zestawień poniesionych kosztów -- zgodnie z art. 109 par. 1 kpc jeśli strona nie jest reprezentowana przez adwokata czy radcę prawnego, sąd powinien orzec o kosztach z urzędu.
z kodeksu postępowania cywilnego:
Art. 98. § 1. Strona przegrywająca sprawę obowiązana jest zwrócić przeciwnikowi na jego żądanie koszty niezbędne do celowego dochodzenia praw i celowej obrony (koszty procesu).
§ 2. Do niezbędnych kosztów procesu prowadzonego przez stronę osobiście lub przez pełnomocnika, który nie jest adwokatem, radcą prawnym lub rzecznikiem patentowym, zalicza się poniesione przez nią koszty sądowe, koszty przejazdów do sądu strony lub jej pełnomocnika oraz równowartość zarobku utraconego wskutek stawiennictwa w sądzie. Suma kosztów przejazdów i równowartość utraconego zarobku nie może przekraczać wynagrodzenia jednego adwokata wykonującego zawód w siedzibie sądu procesowego.
(...)
Art. 109. § 1. Roszczenie o zwrot kosztów wygasa, jeśli strona najpóźniej przed zamknięciem rozprawy bezpośrednio poprzedzającej wydanie orzeczenia nie złoży sądowi spisu kosztów albo nie zgłosi wniosku o przyznanie kosztów według norm przepisanych. Jednakże o kosztach należnych stronie działającej bez adwokata, radcy prawnego lub rzecznika patentowego sąd orzeka z urzędu.
(...)Nie oznacza to, rzecz jasna, że jakieś pieniądze dostanie się na 100%. Sąd bierze pod uwagę przede wszystkim celowość i niezbędność poniesionych wydatków, no i łączna wysokość zasądzonych kosztów procesu nie może przekroczyć wysokości ewentualnego wynagrodzenia profesjonalnego pełnomocnika.
Może też się okazać, że sąd -- myślę, że zwłaszcza w sytuacji, kiedy strona nie musi daleko podróżować, a sprawa nie była długotrwała (nie powodując przez to absencji w pracy) -- w ogóle nie przyzna kosztów.
Zawsze powinno jednak dojść do rozstrzygnięcia o kosztach z ur z ę d u, nawet jeśli wygrywającym jest tylko jakiś magisterek w lichej marynareczce Pierre Cardin. Orzeczenie może brzmieć "a tym razem nic a nic się nie należy" -- ale powinno znaleźć swój ślad w wyroku.
Tymczasem sądy nagminnie zapominają o nałożonym na nie obowiązku. Bez względu na to, czy się przypomnieć i zaproponować nawet symboliczną kwotę, czy pozostawić rzecz do uznania w całości wymiarowi sprawiedliwości -- na zobowiązanie przegrywającej strony do zwrotu poniesionych wydatków nie ma co liczyć. Nie ma przy tym znaczenia, czy wygrywający był w sprawie powodem, a zatem miał niewątpliwie dobry powód do tego, by iść do sądu -- czy też został niesłusznie pozwany (jak w sprawie, o której pisałem w poniedziałek).
Nie ma także znaczenia czy przegrywającym jest bardzo duże przedsiębiorstwo, nieuczciwy kontrahent, czy przewrażliwiony czytelnik prasy -- tak jak przez moje ręce przewinęły się setki spraw tego rodzaju, tak koszty naocznie widziałem trzy razy: z czego dwa razy ewidentnie wpisane omyłkowo, bo tak było w szablonie (jak się dostaje 2400 zł przy nakazie zapłaty, to musi to być pomyłka) i raz, lata temu, kiedy dopiero po zażaleniu na koszty, po przedstawieniu spisu poniesionych wydatków, sąd pracy zasądził od przegrywającej -- wyjątkowo przebiegłej -- powódki śmieszne 50 złotych.
Prawdę mówiąc rozważam w sprawie wniesienie -- dla zasady -- zażalenia na koszty (art. 394 par. 1 pkt 9 kpc), bo przecież to, że chlebodawca poniósł wydatki związane z moim wyjazdem do Krakowa, nie oznacza, że nikt mu tych wydatków nie musi zwracać.



