motto na dziś: Nie kradnij, rząd nie lubi konkurencji!
A więc stało się: w poszukiwaniu wolnych środków do zmarnowania rząd postanowił sięgnąć po nasze własne pieniądze (albo i nie nasze). Już niedługo -- jak tylko posłowie przegłosują, a prezydent podpisze (później może nawet będzie protestował) -- zamiast "obciążania systemu finansowego i generowania długu publicznego" będziemy mieli jeszcze większy zaszczyt wspierać ZUS.
Słowem: już niedługo składka na otwarte fundusze emerytalne zmniejszy się z 7,3% do 2,3%, zaś reszta... nie, reszta nie zostanie w naszej kieszeni -- reszta pójdzie na ratowanie systemu finansów publicznych, czyli do ZUS. Okazuje się zatem, nie po raz pierwszy, że łatwo w Polsce stać się dobroczyńcą i uratować kraj przed katastrofą finansową -- o tyle łatwo, że nie za swoje się ratuje -- znacznie trudniej być prorokiem we własnym kraju; nie udało się to premierowi Tuskowi, który półtora miesiąca temu mówił, że nie przewiduje "turbulencji ani radykalnych zmian" w kwestii OFE.
Próbuję się zastanawiać dlaczego ratowanie finansów publicznych tej naszej zielonej wyspy musi polegać prawie wyłącznie na zwiększaniu obciążeń, zaś cięcia ograniczone są takich banałów jak... wysokość zasiłku pogrzebowego. Równocześnie rząd dość starannie unika tematu likwidacji przywilejów różnych grup zawodowych, na które płacimy -- warto przypominać -- średnio po tysiaku na twarz rocznie. Aż tyle kosztuje nas zapewnienie komfortu fajnej emerytury rolnika, policjanta, żołnierza, sędziego czy górnika (przypomnijmy: grup, które "od zawsze" albo "bo tak" są poza systemem OFE); i tego akurat premier Tusk za bardzo zmieniać nie chce -- bo oczywiście łatwiej jest rąbnąć kasę milionów obywateli, niż podskoczyć hałaśliwej i mocno zinfiltrowanej przez związki zawodowe mniejszości.
A przecież oszczędności można szukać nie tylko ograniczając dokładanie kasy na przywileje górników i policji. Z roku na rok nasz budżet opiera się na totalnym przewalaniu mnóstwa kasy, począwszy od bzdur w rodzaju saloniku ministra Sikorskiego i zatrudniania żon dyplomatów na etatach, czy wyłączania ledwie co kupionych przez administrację terminali Blackberry -- na sprawach poważniejszych kończąc: rozpasany socjal, utrzymywanie zbędnych instytucji (w tym mój ukochany Urząd Transportu Kolejowego, który ledwie co pozwolił sobie zdyscyplinować przewoźników kolejowych, ale i np. CBA), finansowanie niepotrzebnych inwestycji w stadiony, służących tylko temu, by premier Tusk mógł sfotografować się z Platinim.
Reasumując: rząd zachowuje się jak Jessie James napadający na pociąg przewożący cudze pieniądze. Zamiast zająć się trudnymi tematami -- choćby zacząć od natychmiastowego skasowania możliwości przechodzenia 35-latków na policyjne emerytury -- dobiera się do najłatwiejszych pieniędzy.
Chciałem uprzejmie uświadomić p.p. Rostowskiemu i Tuskowi, że udało mi się przez ostatnie lata zgromadzić parę złotych na IKE. Więc jakby rząd chciał jeszcze powalczyć troszkę z długiem publicznym, to przecież można uchwalić, że te pieniądze mi się zabierze -- i pośle do ZUS. Albo do KRUS.
(Sporo pieniędzy marnuje się także na rachunkach bankowych, jak będzie naprawdę kiepsko, to przecież "pomożecie? pomożemy...")



Proszę bardzo: każdy z nas średnio 