Polemicznie o WikiLeaks
 Oceń wpis
   

blofeld bond widmo spectreKrótki felieton i notatka poświęcone opublikowaniu treści szyfrówek dyplomatycznych (albo i szpiegowskich -- bo jakąż to dyplomacją jest zbieranie danych biometrycznych różnych osób?) dały asumpt paru P.T. Czytelnikom do napisania do mnie parunastu -- w większości krytycznych -- słów. A ponieważ nie mam możliwości prowadzenia polemiki na parę frontów, pozwolę sobie wyłuszczyć tu moje zdanie w paru krótkich punktach:

  • nie mam pojęcia jakiego rodzaju łamańca intelektualnego trzeba użyć, by oskarżyć Juliana Assange o naruszenie tajemnic państwowych Stanów Zjednoczonych. Nie jest on ani dyplomatą ani innym urzędnikiem zaprzysiężonym do zachowania czegokolwiek w sekretności, nie mógł zatem naruszyć jakiegokolwiek obowiązku nałożonego nań czy to z mocy prawa, czy to z mocy zobowiązania;
  • mało tego: Assange nie jest szpiegiem i niczego nikomu nie wykradł. Wszystko co uczyniła kierowana przezeń organizacja to opublikowanie owych depesz i przesłanie ich do kilku redakcji prasowych (m.in. do Guardiana, Le Monde, el Pais i NYT). Ludzie z WikiLeaks, i owszem, otrzymali dane od analityka wywiadu Bradleya Manninga (zachęcam do przejrzenia strony stworzonej wsparciu szeregowego Manninga) -- ale dobrą zasadą jest, że odpowiedzialność za naruszenie tajemnicy (zawodowej, państwowej) może ponieść ten tylko, kto jest zobowiązany do jej zachowania (na marginesie przypominam temat uchwały naszego SN o sygn. I KZP 35/08);
  • (co więcej: Assange jest Australijczykiem i nie posiada obywatelstwa Stanów Zjednoczonych -- w jakiż to zatem sposób może go obowiązywać amerykańskie prawo antyszpiegowskie?);
  • największą odpowiedzialność za wyciek depesz ponoszą osoby, które dozwoliły, by dostęp do takiej liczby danych miał -- via ten ich zarąbisty SIPRNET -- młodociany analityk podstawowego szczebla i mógł to wszystko sobie po prostu zgrać na płytkę (podobnie jak twórcy wrocławskiego systemu karty miejskiej ponoszą odpowiedzialność za to, że jakiś asystent Rafała Dutkiewicza mógł wykraść adresy poczty elektronicznej użytkowników Urbancard). Zresztą: o jakich my tajemnicach w ogóle mówimy, skoro do danych ma dostęp 3 mln osób (1% Amerykanów!);
  • prawdą jest, że na długo przed poinformowaniem świata o wycieku organizacja WikiLeaks zwracała się do rządu amerykańskiego z propozycją wyrzucenia informacji mogących bezpośrednio komuś zaszkodzić. Waszyngton jednak odmówił, ponieważ... nie ma zwyczaju negocjować z terrorystami (!) -- moje zdziwienie tym większe, że przecież Assange nie sugerował, że jego tajna organizacja Widmo odstąpi od planu zniszczenia świata, jeśli dostanie sto milionów dolarów. Tak czy inaczej Fotyga Clinton mogła mieć większy wpływ na to, co czyta świat -- ale z możliwości tej po prostu nie skorzystała;
  • dlaczego ścigano oraz grożono nawet śmiercią (!) tylko Julianowi Assange, natomiast nie słyszałem ani jednego żądania ścięcia głów dziennikarzy New York Timesa? Jakby na to nie patrzeć redaktorzy dostali pakiet danych od WikiLeaks, ale teraz sami decydują co pokazać światu i kiedy. (A może jest inaczej, może jakiś snajper z CIA już jeździ po Londynie i niedługo będą tam klimaty jak z "The Bourne Ultimatum"?);
  • nie interesuje mnie kto stoi za WikiLeaks i kto ich finansuje (teraz nie pamiętam, ale wydaje mi się, że kilkanaście tygodni temu sam posłałem im jakieś $10) -- robią kawał dobrej roboty i warto ich rozliczać za tę robotę. Podobnie nie mam do nich pretensji, że nie ujawnili szyfrówek z Teheranu czy Telawiwu -- ja bardzo przepraszam, ale Assange nie działa pod kryptonimem 007 i nie włamuje się nikomu do biurek, od samego początku korzystają tylko z tego, co im podrzucą whistleblowerzy;
  • a na koniec najważniejsze chyba: naprawdę jestem zdania, że mamy prawo wiedzieć czym interesują się nasze rządy i służby, zwłaszcza, jeśli są to tak niekonwencjonalne zadania jak pozyskanie numerów kart kredytowych i skanów siatkówki szefa ONZ.
Komentarze (37)
7 z tygodnia (VIII)
 Oceń wpis
   
  • przywożę wam pokójZnamienne: tak jak Lex pogrąża sędziów, którzy wydają wyroki w oparciu o "lex Lex", tak amerykański Departament Stanu został pogrążony przez ich superduper bezpieczną sieć (komputerową, a jakże!) -- SIRPNET. Prawda jest prosta: w dawnych czasach nie byłoby możliwe, żeby jakiś szeregowy analityk mógł zgrać na płytkę (oprawioną w okładki Lady Gaga!) ćwierć miliona depesz dyplomatycznych z całego świata i podrzucić do WikiLeaks. Kret mógłby się zdarzyć w pojedynczej ambasadzie, może nawet udałoby się zainstalować jakąś szajkę w centrali, nigdy jednak nie zdołaliby wynieść takiej masy dokumentów -- i to w formie tak łatwej do opracowania i rozpowszechnienia.
    Komputery zgubą ludzkości...?
    (A może Jan Żarski jest jeszcze jednym Bradleyem Manningiem? Może jego ofiara jest dla nas wszystkich -- by pokazać ogrom nieprawidłowości i sobiepaństwa municypalnych koszałków-opałków? i warto choćby te 52 lata w więźniu odbębnić, by dać świadectwo prawdzie?);
  • ale WikiLeaks to nie tylko kwestia wycieku depesz dyplomatycznych, to także debata o granicach zwalczania tych, którzy poszerzają granice wolnego słowa i prawa do informacji -- oraz o tym jak głęboko można się cofnąć pod bezmyślnym naporem władzy. O tym, że Assange to terrorysta -- już wiemy; polowanie już się zaczęło, nie wiadomo jak się skończy -- natomiast wiele wskazuje na to, że Manning już światła dziennego nie zazna. Czy zatem Amazon rezygnujący z hostowania serwisu WikiLeaks śmiało może przywdziać czarny uniform kompanii antyterrorystycznej?
    Ale to nie koniec ciekawostek: senator Lieberman zgłosił projekt ustawy (tzw. SHIELD act), zgodnie z którym nielegalne byłoby dalsze rozpowszechnianie danych już ujawnionych przez WikiLeaks. Mnie to oczywiście przypomina nasz zakaz mówienia o [OCENZUROWANO], ale ja tu przecież tylko piszę bzdury;
  • interesujące: Sąd Najwyższy orzekł, że podstawą aktu oskarżenia nie może być operacja spreparowana przez służby -- i uniewinnił białostockiego lekarza oskarżonego o przyjęcie łapówki. "Gazeta Wyborcza" pisze, że w ten sposób wpuszczono do polskiego prawa odświeżający zapach zasady owoców zatrutego drzewa, ale ja nie jestem aż taki radosny. Po pierwsze jeden owoc wiosny nie czyni, a po drugie to się i tak nie przyjmie.
    (Inna sprawa, że opisywałem tu parę spraw, nad którymi też warto się zastanowić w kontekście owego zatrutego drzewa: o choćby legitymowanie przez policję dla kaprysu);
  • dobre: sędzina dała wyrok do napisania aplikantowi, aplikant był zarobiony, więc dał zlecenie na napisanie uzasadnienia babce z internetów, a dalej -- poszło jak w czarnej komedii. Babka z internetów okazała się być zwolnioną dyscyplinarnie ex-pracownicą tegoż sądu, zatem po skończonej robocie poszła na skargę. Sędzinie grozi postępowanie dyscyplinarne (za zgodę na wyniesienie akt z sądu -- hihi nie wiedziałem, że za to się karzą ;-) aplikanta najprawdopodobniej czeka kres kariery.
    Warto dodać, że rzecz działa się w Sądzie Rejonowym w Lublinie...
  • ... tym samym, gdzie na 30 zatrudnianych niedawno etatów przyjęto 6 osób rodzinnie powiązanych z sędziami i pracownikami sądu. Oczywiście z faktu, że w sądach zatrudnia się dzieci sędziów nie można wnosić o nepotyzmie; nepotyzm byłby wówczas, gdyby pracę znalazły wszyscy aplikujący pociotkowie, a przecież, jak powiedział cytowany przez "Wyborczą" SSO Jarosław Dąbrowski "Po ogłoszeniu wyników rozmawiałem z innym sędzią, że nie wszystkie dzieci się dostały".
    A, ten cytat też jest niezły: "A czy normalne jest, że prezesem Sądu Apelacyjnego i wiceprezesem Sądu Rejonowego w Lublinie jest ojciec i syn? To normalne, bo obu uważam za świetnych fachowców i osoby na właściwym miejscu" -- to słowa, o ile dobrze rozumiem, adw. Andrzeja Maleszyka, którego syn także znalazł pracę w SR w Lublinie.
    Jak to szło u Palikota? "Pieprzony sąd"? Czy zatem kogoś jeszcze dziwi, że lubelski SR nie umie miesiącami zarejestrować mu stowarzyszenia, skoro tam takie hocki-klocki się dzieją?
  • Tocqueville miał ponoć powiedzieć, że wiele musi się zmienić, by wszystko zostało po staremu. Przyszło mi to do głowy po lekturze relacji z piątkowych sejmowych awantur o zmianę zasad sponsorowania partii politycznych podatniczym grosiwem: najpierw mowa była o tym, że będziemy oszczędzać na bandzie darmozjadów w latach 2012-2013, później "Polska Jest Najważniejsza" (akurat!) zaproponowała -- zapewne na złość PiS-owi -- by zacząć już od przyszłego roku, Tusk z Kaczyńskim skoczyli sobie do gardła -- i wszystko będzie jak jest.
    Przypomnijmy, że PO nęci wyborców liberalnym postulatem ograniczenia dofinansowania band darmozjadów od lat (od samego początku w zasadzie). Najsamprzód się nie dało, bo było za mało, później się nie dało, bo prezydent stał na przeszkodzie, a teraz... zabrakło deputowanych w ławach; kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa;
  • ale czy ktoś się dziwi, skoro wiadomo, że jak premier Tusk coś obiecuje, to rzuca słowa na wiatr? Rok temu wybuchła afera z blokowaniem internetu i RSiUN, wskutek czego w lutym premier spotkał się z internautami i "ugiął się pod ich naciskiem" (coś mi mówi, że ja z tymi internautami spotkam się już za tydzień...) -- a teraz, skwapliwie korzystając z tego, że do pomysłu wróciła eurokomuna, polski rząd poparł pomysł dyrektywy EU w sprawie blokowania "niedobrych" stron internetowych.
    Oto i cały ten ich liberalizm, psia ich mać.
Komentarze (11)
O społeczeństwie informacyjnym na podstawie WikiLeaks
 Oceń wpis
   

Julian Assange, WikiLeaks, at New Media Days 09

O zorganizowanym przez WikiLeaks wycieku amerykańskich depesz dyplomatycznych  mówi się wiele -- głównie w kontekście politycznych konsekwencji niegodnego czynu "przestępcy" i "terrorysty" Juliana Assange -- mało kto jednak wydaje się dostrzegać pewien drobny acz ciekawy niuans.

Otóż politycy odżegnujący autorów wycieku od czci i wiary ("komunistyczna bojówka" -- brawa dla tego pana!) oraz grożący twórcy organizacji WikiLeaks różnorakimi konsekwencjami (albo dla odmiany twierdzący, że przecież nic się nie stało) jak jeden mąż (stanu) posługują się zmodyfikowanym prawem Kalego: jak państwo podsłuchowywać, to dobrze, ale jak państwa podsłuchowywać, to niedobrze.

Z niejasnych dla mnie przyczyn przyjmuje się za pewnik, że państwo -- jego szeroko pojęte służby -- mogą mieć swoje interesy i swoje sprawy (niekoniecznie tożsame z interesami i sprawami jego obywateli), od których szarakom zdecydowanie wara. Szarak ma wyłącznie jedno zadanie: ma płacić za to wszystko, za te limuzyny i gabinety, za te klatki przeciwpodsłuchowe, za te Blackberry, które najpierw MSZ sobie kupuje, aby następnie się dowiedzieć, że wszystko idzie przez Kanadę. W żadnym przypadku nie wolno mu rezonować.

Tymczasem moim skromnym zdaniem organizacja WikiLeaks (ja przepraszam wszystkich żurnalistów, ale to nie "portal", to jakieś stowarzyszenie) od samego początku odwala kawał dobrej roboty -- i nie inaczej jest tym razem. Różnica bierze się chyba z tego, że wcześniej mierzyli w pojedyncze banki, w jakieś skorumpowane afrykańskie rządy (najbardziej na pieńku mają chyba z Kenią), w firmy-trucicieli, udaremniali naciski uciszające prasę... -- co nie zmienia faktu, że już prawie 3 lata temu ujawniono dokumenty dowodzące, że kontrwywiad USA planował skompromitowanie WikiLeaks -- zaś od paru miesięcy bezczelnie walą w największy rząd na świecie (najpierw materiały dotyczące operacji w Iraku, a teraz depesze dyplomatyczne).

Rzecz w tym -- może będę mówił jak komunista, a na pewno sam wyczuwam w moich słowach tony anarchistyczne -- że obywatele demokratycznych państw chyba naprawdę mają prawo wiedzieć co te pieprzone rządy knują przeciwko nam. Że dyplomatom zleca się uzyskanie danych biometrycznych szefa ONZ (ciekawe po co?), że Waszyngton jest przyciskany w sprawie Iranu nie tylko przez Izrael, ale także przez rzekomo sprzyjające Teheranowi państwa arabskie, że podatnik buli ciężką forsę "na Afganistan", chociaż administracja Obamy doskonale wie, że tamtejszy rząd jest do cna skorumpowany, etc. etc.
Oczywiście, nikt, w tym żadna władza nie lubi jak ktoś ujawnia tajne sprawy, w tym kuchnię dyplomacji polityki światowej -- jednak na szczęście my nie mamy obowiązku dopieszczać tej władzy w tym zakresie, ani też ulegać jej opiniom o tych, którzy w czynny sposób patrzą władzy tej na ręce.

 

PS na zdjęciu demoniczny Julian Assange, fotografia za New Media Days, obrazek dostępny na licencji CC-BY-SA 3.0.

Komentarze (19)
O pornografii w telewizji internetowej
 Oceń wpis
   

Temat na dziś: golizna w reklamach telewizji Dialog. Okazuje się bowiem, że może się zdarzyć, iż po włączeniu dekodera poleci jakaś reklama programu "dla dorosłych" -- kobieta zdejmująca stringi.
(Nie wiem wprawdzie -- reklamy nie widziałem, telewizji oglądam niewiele, z Dialogiem mam tyle wspólnego, że codziennie mijam na rowerze ich biurowiec -- czy taki obrazek to już pornografia ale podywagować zawsze można.)

Pierwsza sprawa: zgodnie z art. 202 par. 1 kodeksu karnego zawsze i wszędzie zabronione jest prezentowanie treści pornograficznych w sposób narzucający ich odbiór która sobie tego nie życzy. (Biorąc pod uwagę możliwości legislatywy i tak nie najgorzej: sama w sobie pornografia nie jest w Polsce zakazana, nie wolno po prostu nikogo "spamować" takimi obrazkami.) Nie jest przy tym ważne czy to reklama, czy gazetka czy breloczek; będzie jednak ważne, iżby była to pornografia -- nie wdając się w nierozstrzygalne spory o definicję "czym pornografia jest, a czym na pewno nie jest", z całą powagą powiedzieć można, że nie każda golizna od razu pornografią jest.

z ustawy o RTiV:
art. 18 ust. 4: Zabronione jest rozpowszechnianie audycji lub innych przekazów zagrażających fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi małoletnich, w szczególności zawierających treści pornograficzne lub w sposób nieuzasadniony eksponujących przemoc.
art. 53 . 1. Jeżeli nadawca narusza obowiązek wynikający z przepisów (...) art. 18 ust. 1-5b (...) Przewodniczący Krajowej Rady wydaje decyzję nakładającą na nadawcę karę pieniężną w wysokości do 50 % rocznej opłaty za używanie częstotliwości przeznaczonej do nadawania programu, a w przypadku gdy nadawca nie uiszcza opłaty za częstotliwość, karę pieniężną w wysokości do 10 % przychodu nadawcy, osiągniętego w poprzednim roku podatkowym.
2. Przewodniczący Krajowej Rady może nałożyć karę, o której mowa w ust. 1, także w decyzji wydanej na podstawie art. 10 ust. 4.
3. Kara pieniężna jest płatna z dochodu po opodatkowaniu lub z innej formy nadwyżki przychodów nad wydatkami, zmniejszonej o podatki.
4. Kary pieniężnej nie można nałożyć, jeżeli od naruszenia obowiązku, o którym mowa w ust. 1, upłynął jeden rok.
Z tego względu moim zdaniem błędny, zbyteczny i wadliwy jest -- wpisany w ustawie o radiofonii i telewizji -- zakaz rozpowszechniania audycji lub innych przekazów zawierających treści pornograficzne (art. 18 ust. 4). Jeśli bowiem audycja taka będzie "się narzucała", jej rozpowszechnianie będzie przestępstwem z art. 202 par. 1 kk; a jeśli narzucać się nie będzie, to okazuje się, że mamy dodatkowy zakaz, nawet dalej idący, niż sam kodeks karny (z sankcją w postaci kary pieniężnej do 10% przychodu, którą może nałożyć KRRiTV -- art. 53 ust. 1). A to oznacza, że karę można przyładować nawet za zamknięty (choćby "na zaproszenie") kanał dla dorosłych pasjonatów.

Na szczęście -- wracam do sprawy rzekomej pornografii w reklamach telewizji Dialog -- przepisy ustawy o radiofonii i telewizji nie mają zastosowania do telewizji via TCP/IP. A wszystko dlatego, że ustawa o radiofonii i telewizji -- dokument, jakby na to nie patrzeć, z 1992 r. -- reguluje prawa i obowiązki nadawców, którzy rozpowszechniają programy radiowe i telewizyjne na podstawie koncesji (z drobnymi wyjątkami, które zasadniczo można nazwać jako "wewnętrzną telewizję kablową").
Rozpowszechnianiem zgodnie z ustawą jest li tylko bezprzewodowa emisja w systemach powszechnego odbioru (bez znaczenia: satelitarne czy naziemne) oraz wprowadzanie programów do telewizji kablowej (systemy zbiorowego odbioru).

Zatem i owszem: jeśli nawet nie produkuję własnych programów i nie decyduję o repertuarze w poszczególnych programach, ale "wpuszczam" inne programy do kablówki, podlegam pod nieszczęsną ustawę. Ale jeśli nadaję w internetach -- ustawa mnie nie dotyczy.

To w sumie dość zabawny przypadek, kiedy o dość istotnej sferze imperium państwa (niestety: ustawa realizuje zasadę "kto ma informację, ten ma władzę", więc siłą rzeczy trzeba to zaliczyć do imperium naszego demokratycznego państwa) decydują zastosowane środki techniczne, ale może już nic więcej nie napiszę, żeby nie wywoływać wilka z lasu.

Komentarze (7)
Trybunał przeciwko (bezterminowemu) kneblowaniu prasy
 Oceń wpis
   

Ważna wiadomość dla wszystkich, którym wolność słowa i wolność prasy leży na sercu (nie tylko kamieniem): wyrokiem z 9 listopada 2010 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł o niezgodności z konstytucją przepisów pozwalających na stosowanie przez sądy zabezpieczenia powództwa w postaci bezterminowego zakazu publikacji.

Zgodnie z art. 755 par. 2 kpc w sprawach o ochronę dóbr osobistych prowadzonych przeciwko prasie sąd może wprowadzić, na wniosek powoda, zakaz publikowania kolejnych tekstów poświęconych powodowi. Zakaz taki ma z założenia służyć ochronie interesu pokrzywdzonego, o którym dziennikarze mogą nadal pisać -- a ofiara nie może się w żaden sposób odgryźć. W praktyce rzecz jasna ów środek zabezpieczający przeradza się w wiekuistą cenzurę: w Polsce łatwiej bowiem wygrać II wojnę światową, niż z powodzeniem przebrnąć przez wszystkie instancje sądowe w średnio skomplikowanej sprawie (vide sprawa filmu "Witajcie w życiu"). (Warto też przypomnieć historię biografii Ryszarda Kapuścińskiego -- co ciekawe ten proces... wreszcie ruszył; oraz TVP, która wysłała Almie kasetę z nagraniem programu do nieoficjalnej kolaudacji...)

art 755 kpc:
§1 Jeżeli przedmiotem zabezpieczenia nie jest roszczenie pieniężne, sąd udziela zabezpieczenia w taki sposób, jaki stosownie do okoliczności uzna za odpowiedni, nie wyłączając sposobów przewidzianych do zabezpieczenia roszczeń pieniężnych. W szczególności sąd może:
1) unormować prawa i obowiązki stron lub uczestników postępowania na czas trwania postępowania;(...)
§2 W sprawach przeciwko środkom społecznego przekazu o ochronę dóbr osobistych, sąd odmówi udzielenia zabezpieczenia polegającego na zakazie publikacji, jeżeli zabezpieczeniu sprzeciwia się ważny interes publiczny.(...)
Z komunikatu prasowego wydanego po rozprawie wynika, że Trybunał nie podziela krytyki w odniesieniu do samej istoty tymczasowego zakazu publikowania, bowiem "faktyczne ograniczenie wolności prasy może więc wystąpić tylko w sytuacji wyjątkowej. Może być nałożone przez uprawniony do tego niezawisły sąd w konkretnej relacji prawno-procesowej. Zabezpieczenie stanowi bowiem decyzję procesową związaną ściśle z trwającym postępowaniem sądowym, którego celem i podstawą jest konieczność ochrony interesów prawnych strony procesowej. Z tych względów Trybunał przyjął, że badana instytucja nie budzi wątpliwości z punktu widzenia norm konstytucyjnych".

Jednakże TK przyjął, iż przepis jest niezgodny z ustawą zasadniczą, a to dlatego, iż nie wymaga od sądu stosującego zabezpieczenie wprowadzenia ograniczeń czasowych -- przez co zakazy takie są "do odwołania", albo ściśle: do uzyskania prawomocnego wyroku w sprawie. W tym celu, zdaniem Trybunału, ustawodawca powinien -- jak sądzę oprócz określenia okresu, na jaki ustanowiony jest zakaz publikacji (tego zdania w komunikacie prasowym brak) ustanowić przepisy eliminujące przewlekłość postępowania poprzez zdyscyplinowanie sądów do rychlejszego załatwiania spraw. W tym celu -- nadal cytuję komunikat po rozprawie -- "można rozważyć wprowadzenie ustawowo określonego terminu rozpatrzenia sprawy, w której dokonano zabezpieczenia w postaci zakazu publikacji".

Żeby nie było za słodko -- zaskarżony art. 755 par. 2 kpc utraci moc dopiero w 15 miesięcy (!) po ogłoszeniu wyroku, na taki bowiem termin odroczenia zdecydowali się sędziowie. Jestem zdziwiony, bo chociaż art. 190 ust. 3 konstytucji nie definiuje przesłanek odroczenia terminu uchylenia niekonstytucyjnych przepisów, to jednak dotąd można było mieć wrażenie (z pewnością złudne), iż stosowano tę możliwość tylko w wyjątkowych przypadkach -- na przykład jeśli groziło to poważnymi konsekwencjami dla państwa lub obywateli (co samo w sobie jest zadziwiające: wiemy, że przepis jest wadliwy, ale jednak przez długi czas nadal będzie obowiązywał, a sądy będą go stosować...).

wyrok TK z dnia 9 listopada 2010 r., sygn. akt 13/07: przepis zezwalający na bezterminowy zakaz publikacji przez prasę w toku postępowania o naruszenie dóbr osobistych jest niezgodny z konstytucją

Oczywiście duszę każdego libertarianina boli każdy zakaz publikacji -- czegokolwiek -- przez prasę, nawet jeśli ustanawiany jest on na podstawie prawomocnego rozstrzygnięcia sądowego -- a zwłaszcza, jeśli odnosi się do słów napisanych w przyszłości. Mniejsze obiekcje miałbym w przypadku nakazu tymczasowego zdjęcia już istniejącego tekstu ze strony internetowej -- feler w tym, że rozstrzygnięcie takie może tyczyć się wyłącznie internetu, bo przecież sąd nie cofnie się w czasie i nie nakaże usunięcia paru szpalt z wydrukowanej miesiąc temu gazety -- co zresztą byłoby chyba pełniejszym odzwierciedleniem konstytucyjnego zakazu stosowania cenzury prewencyjnej (art. 54 ust. 2 konstytucji RP).

Sęk w tym, że wydając zabezpieczenie powództwa sąd siłą rzeczy nie rozpoznaje -- bo nie może rozpoznać -- sprawy co do istoty rzeczy, może się zatem okazać, że w toku procesu zakaz taki został wydany -- zaś w ostatecznym rozrachunku powództwo zostanie oddalone. Dla pozwanego będzie to oznaczać wymierne utrudnienie prowadzenia działalności zawodowej, dla powoda zaś -- uzyskanie nienależnego "bonusa procesowego": łacno sobie wyobrazić sytuację, kiedy "niesprawiedliwie obsmarowany" przez media faktycznie okazuje się winnym tego, co o nim dziennikarze pisali, jednak moment, w którym "już można znów" jest momentem oddalonym w czasie -- ludzie przestali się interesować, a łobuz dalej mógł spokojnie rozrabiać (bo o jego rozrabianiu nie można było pisać...)

Komentarze (6)
4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
O mnie
Olgierd Rudak
Olgierd Rudak, redaktor naczelny i wydawca czasopisma internetowego "Lege Artis". Prawnik, miłośnik ożywionej przyrody, gór, fotografii i psów; posiadacz "prawie" owczarka belgijskiego malinois o imieniu Boss. Z przekonania libertarianin, z wyboru stary kawaler ;-)
Najnowsze komentarze
2012-05-21 15:42
PAWEŁ W.:
e-Sąd: początek przygody (zakładanie konta w e-sad.gov.pl)
Błędy aż wstyd komentować dalej i poprawiać
2012-05-20 01:54
opinie:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Tak to jest jak poslami sa przypadkowe osoby... a pqrtii Palikota tak jest...
2012-05-20 01:42
opinie:
Pozew o odszkodowanie rozpaczliwą próbą ratowania frekwencji
Ale ten film nie jest wcale taki zły :)
2012-05-19 15:52
kaszuby:
O ptasim mleczku i Ptasim Mleczku® raz jeszcze
Ach ten Wedel kiedy ta firma zajmie się powazniejszymi sprawami. Na swoje zyczenie negatywnie[...]
2012-05-19 15:45
kaszuby:
"Słynne masło roślinne"
Masło roślinne to w sumie olej roślinny. A więc wg mnie jedno można podciągnąc pod drugie..
2012-05-19 15:39
pozyczka:
Alior Bank: fałszowanie regulaminów, kłamstwa i bałagan
Ten bank o klienta jakością obsługi starał się tylko na początku, teraz to już na pewno nie[...]
2012-05-19 15:29
emerytury:
O zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn
Tylko problem jest taki, że część ludzi wogolę nie odkładałaby pieniądzy na emeryturę. Albo[...]
2012-05-18 07:28
polokolo:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Hmmm.... a ciekawe czy strony prywatne też "podpadają" pod klauzule niedozwolone? Czy je też[...]
2012-05-16 16:07
Polak który ciężką :
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Ty kurwo!!!!!! Jak ktoś próbuje uczciwie zarabiać na chleb ale nie zna milionów przepisów to[...]
2012-05-15 17:07
fat:
Alior Bank: fałszowanie regulaminów, kłamstwa i bałagan
A dzisiaj nie można wypłacić pieniążków bo 'mają awarię systemu' ... nikt nie wie kiedy[...]
2012-05-15 11:38
jamto:
O ptasim mleczku i Ptasim Mleczku® raz jeszcze
Raz jeszcze o Wedlu. Zapraszam do poczytania jak to Wedel klientów w @$#@# robi :)[...]
2012-05-07 16:29
rozek12:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
I kamizelkę kuloodporną w razie zapuszczania się w tereny zalesione- zawsze może znaleźć się[...]
2012-05-07 15:56
handel emisjami:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
No ale obowiązek jazdy na rowerze w kasku mogliby wprowadzić, czemu nie? I w ochraniaczach na[...]
2012-05-04 23:29
2222:
O Pro Bono i jego pełnomocnictwach, wezwaniach, ugodach...
moze zabrac
2012-05-03 10:53
robal_pl:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Akurat swiatla to na prawde powinien miec wlaczone jesli jedzie po drodze. I generalnie[...]
2012-04-30 17:57
rocket00:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
Pani Rakieta? :)
2012-04-30 15:29
zjadacz_mleczka:
Świat wg ACTA (ptasie mleczko tango down)
rotfl dokladnie, pozwac - z banku mozna wydrzec miliony!!! A ja tam chromole wedla w p...e[...]
2012-04-30 14:35
rozek12:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Dajże jakiegoś wpisa Olgierd bo ja (a domniemam że mógłbym użyć "my") czekam wyposzczony.
2012-04-27 14:41
QM music:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
problematic nie jest podstawiony, faktycznie Spółka QM music prowadzi wiele spraw zarówno[...]
2012-04-25 12:38
m852:
Jak pozwać Polbank i nie dać się zwariować ;-)
Mam do Pana pytanie. Zawarłam umowę ubezpieczenia komunikacyjnego z Axa Direct odddział w[...]
2012-04-24 21:13
Alabama:
Świat wg ACTA (ptasie mleczko tango down)
i jak sie to skonczylo?
2012-04-20 18:13
złość:
Zagraj to jeszcze raz na KOBIZE, Sam
dobrze, że tutaj można znaleźć wyjaśnienia Kobize, na oficjalnej stronie już ich nie ma! Jak[...]
2012-04-17 21:10
69motor@gmail.com:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Witam wszystkich Dzisiaj moja małżonka dostałą pismo z w/w "Stowarzyszenia". Podana jest[...]
2012-04-16 14:08
rtyrty:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
to lipa
2012-04-13 09:49
sodoma:
Internet z siedzibą w Warszawie
A do mnie dzwoniła Pani z TPSA i mówiła, że chce ze mną porozmawiać jako z właścicielem internetu :D