
NIE będę ściemniał: od jakiegoś czasu chciałem napisać parę zdań o śmiesznych sprawach związanych z (amerykańskim) prawem patentowym, brakowało mi jednak klamry. No i proszę: wystarczy czytać Wojtka Orlińskiego aby trafić na genialne
sosumi.
Jak jeszcze zobaczyłem na dokładkę ciekawy
wpis na blogu JKM - stwierdziłem: jak nie dziś to kiedy?
Sosumi. No tak, bo przecież
Apple przoduje w dziwnych procesach o

naruszenie własności intelektualnej, zatem kilkadziesiąt już lat
sporu Apple Inc. z Apple Corps nie dziwi. Mogło
należące do Beatlesów przedsiębiorstwo pozwać garażowców Jobsa i Wozniaka o to, że
tęczowe jabłuszko z Cupertino zbyt podobne jest do zielonego jabłuszka Apple Corps? Mogło i pozwało. Także rozbudowa możliwości multimedialnych komputerów nie mogła spotkać z inną reprymendą Beatlesów jak kolejny pozew: wszakże Apple Corp. w zawartej ugodzie zobowiązało się nie wchodzić w branżę muzyczną, zatem pojawienie się karty dźwiękowej niewątpliwie stanowiło naruszenie jej postanowień.

Tu właśnie nadchodzi tytułowe sosumi: kilka lat później, przed wprowadzeniem do sprzedaży systemu
Mac OS 7,
nad paletą użytych dźwięków pochylił się... departament prawny, stwierdzając, że ich nazwy są "zbyt muzyczne" ("Let it Beep" mogłoby nieźle wkurzyć McCartneya), co kompozytor melodyjki skwitował krótkim
so sue me... i tak już zostało: melodyjka otrzymała oficjalne miano
sosumi.
Dalsze konsekwencje: w 2003 r. (ćwierć wieku po wstąpieniu na ścieżkę wojenną) Apple Corps pozywa - już nie tęczowe, ale srebrzyste) jabłuszko w związku z wejściem na rynek sklepu iTunes.
A w samym iTunes muzyka Beatlesów - może - pojawi się dopiero w tym roku.
A sosumi żyje nadal swoim własnym życiem, wystarczy zajrzeć do kodu strony apple.com w rejonie "all rights reserved". Koń by się uśmiał.
JESZCZE się Państwo nie śmieją, moje miliony słuchaczy? No to jedziemy dalej.

Trzy lata po historii z
sosumi Apple przyjęło dla komputera
Power Macintosh 7100 kodową nazwę
Carl Sagan. Nazwa kodowa ma to do siebie, że żyje tak długo jak długo marketingowcy nie wymyślą lepszej - głupszej nazwy - dla produktu (Vista długi czas była Longhornem). Ale
astronom (znany także z tego, że widziano go ze sputnikami na pustyni) wkurzył się na wieść, że obok Carla Sagana pojawiły się już Cold Fusion oraz Piltdown Man, co mogło oznaczać, że panowie z Cupertino podejrzewają go o pseudonaukawość - i oddał sprawę do sądu. I przegrał.
Mimo wygranej sprawy
Apple zmienia nazwę kodową na BHA, co Sagan momentalnie rozszyfrował jako Butt-Head-Astronomer... i znów pozwał komputerowców o naruszenie dóbr osobistych. I znów przegrał.
A Apple zmieniło nazwę systemu na LAW co tłumaczono jako Lawysers Are Wimps.

ABY śmiech nie zniknął z Państwa ust wspomnijmy jeszcze o paradnym powództwie wytoczonym w 1988 roku przez
Apple przeciwko Microsoftowi. Poszło o to, że panowie z Redmont zerżnęli pomysł na graficzny interfejs użytkownika (te wszystkie okienka i ikonki, z których dziś przecież znany jest właśnie Windows). Owszem, przygotowując Windowsa 1.0 uzyskali od Apple niezbędne licencje, ale już wersja 2.0 (i późniejsza 3.0) była "twórczym dziełem" Billa Gatesa.
W literaturze przedmiotu proces ten uznawany jest za jeden z bardziej kontrowersyjnych. W pozwie
Apple powołało się na ochronę prawnoautorską czegoś tak ulotnego jak "look and feel" systemu operacyjnego, co zostało - chyba słusznie - skwitowane jako próba sądowego powstrzymania konkurencji rynkowej. Nawet jeśli Microsoft dopuścił się naśladownictwa (co jest oczywiste), sąd nie podzielił stanowiska powoda, iżby stanowiło to niedopuszczalny plagiat. Co więcej,
gdyby sąd podzielił racje Apple, w ten sposób firma uzyskałaby faktyczny monopol na wszelkie formy graficznego interfejsu użytkownika.
RACJĘ ma JKM pisząc, że nadmierna ochrona patentowa dławi postęp techniczny.
Angażując się w skomplikowane procesy, wynajmując kancelarie specjalizujące się w prawie patentowym, przeprowadzając audyt prawny dźwięków systemowych firmy tracą czas i pieniądze na sprawy, które nie służą użytkownikom komputerów.
Polska - szerzej: Unia Europejska - od tego szaleństwa na razie się oddaliła, chociaż jeszcze nie opadł kurz po wojnie o
patenty na software. Amerykanie, co ciekawe, mimo krępujących regulacji i dziesiątek (setek?) tysięcy patentów, na które trzeba uważać, jakoś dają sobie radę z postępem technicznym. Europa, w której oprócz patentów firmy są stłamszone przez socjal, związki zawodowe, uzgodnienia, dyrektywy i inne wytyczne mogła by sobie nie poradzić.
Wszystkie obrazki za Wikipedią.