Nie było lata temu granic achów i ochów przy uchwalaniu ustawy o ochronie zdrowia psychicznego -- jakaż to ona nowoczesna, jaka doskonała, jak dobrze będą mieć teraz pacjenci. Faktycznie, kontrola sądowa przyjęć przymusowych była czymś zdecydowanie nowym -- pamiętajmy, że mówimy o czasach, kiedy nawet areszt stosował jeszcze urzędnik podległy rządowi (prokurator).
Niestety, patrząc na to, co się działo w szpitalu psychiatrycznym w Starogardzie Gdańskim -- gdzie młodych pacjentów po prostu dręczono w dość prymitywny sposób (zastrzyki z soli fizjologicznej, zmuszanie do stania na baczność godzinami, wielodniowe stosowanie pasów!) -- (nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni) można mieć pewność, że nie wystarczy najlepsze choćby prawo, bo muszą być jeszcze przyzwoici ludzie.
Dyrektor zakładu został już odwołany, sprawą zajmuje się prokurator... -- mnie zaś zaciekawiła informacja, że organy ścigania już wcześniej wiedziały, i nawet postępowanie już było -- ale je umorzono...
w Londynie gorąco: na wieść o planach rządu, który chce bardzo podnieść czesne za uczelnie wyższe, na ulice wyszły tysiące młodych ludzi. Momentami protesty przybrały dość ostry charakter (zaatakowano nawet samochód wiozący Księcia Walii i Rothesay z małżonką) -- nb. czy ktoś jeszcze pamięta, że M. Thatcher ustąpiła właśnie po protestach przeciwko podwyżkom podatków -- ale dla mnie ciekawsze jest coś innego.
Oto są tam uznani prawnicy, którzy potrafią -- publicznie, pod własnym nazwiskiem -- sprzeciwić się nielegalnym praktykom policji zmierzającym do uśmierzenia zamieszek. Obecnie na celowniku jest "kettling", czyli zaganianie przez oddziały policyjne grup demonstrantów na jakiś obszar i przetrzymywanie ich tam godzinami -- właśnie jak krowy na zamkniętym pastwisku.
Tak mi się właśnie przypomniało w kontekście niedawnych demonstracji organizowanych przez ruch "wolnych konopi", kiedy to oczywiście administracja chrzaniła coś o "manifestacjach zorganizowanych bez zgody" i praktycznie pies z kulawą nogą (czytaj: jeden niżej podpisany magisterek prawa) zaszczekał...
Julian Assange już -- po zapłaceniu olbrzymiej kaucji -- wolny, tymczasem coraz wyraźniej wychodzi na to, że szwedzkie oskarżenia o gwałt to jakaś pomyłka albo typowy "hak". Obie "zgwałcone" kobiety same go do siebie zapraszały, pierwsza gościła go łącznie przez tydzień, a druga -- jak wychodzi z zeznań -- odbiła Juliana tej pierwszej. "Terrorysta" ma szczęście, że posiedział jakiś tydzień (w Polsce spędziłby za kratami 2-3 lata), chociaż nie wiadomo czy aby w areszcie nie był bezpieczniejszy;
tymczasem rzeczniczka praw obywatelskich chce zakazać wykorzystywania materiałów z podsłuchów w sprawach cywilnych i rozwodowych. To słuszna inicjatywa, ale chce się zapytać: dlaczego tak późno? dlaczego tak słabo? Przecież cuda jakie się dzieją z naszymi billingami -- przypomnijmy, że polskie służby mogą w zasadzie wszystko i zawsze -- nie zdarzyły się wczoraj, tymczasem zarówno RPO jak i GIODO zachowują się jak żona Lota;
Euro 2012 (a nie mówiłem?): tym razem się nas pociesza, że Wrocław nie będzie dokładał do utrzymania stadionu, aczkolwiek nie wiadomo dlaczego zarządca obiektu ma dostawać 9 mln złotych rocznie "czy się stoi czy się leży". Nie uspokaja mnie także to, że władze miasta przekonują, że taka umowa ma sens -- zwłaszcza, że municypałki nie widzą nic zdrożnego w tym, że Mennica może robić (albo: nie robić) co chce z niedziałającymi urbanmatami, bo przecież "Największą karą dla Mennicy jest brak wpływów z zepsutych automatów. Firma zarabia na prowizji od sprzedaży biletów. Poza tym to spółka giełdowa, która musi dbać o swój dobry wizerunek" (takie rzeczy może opowiadać tylko niedorzecznik prasowy wrocławskiego magistratu dbający o jego wizerunek).
Najśmieszniejsze jest to, że wszystko wskazuje na to, że jedyną inwestycją jaką traktuje się naprawdę poważnie są właśnie stadiony: na Maślice nie da się dojechać ani pociągiem, ani szumnie zapowiadanym tramwajem plus, ani nawet zwykłym tramwajem -- da się stać w niekończącym się korku... Do Warszawy nie będzie ani szybkiego połączenia kolejowego, ani autostrady, ani nawet zwykłej e-S-ki. Ogólnie autostrady ma się budować na 2015 rok, ekspresówki na... 2020!
paradne: eurodeputowany Jacek "Łuk" Kurski ma przeprosić Cezarego Stypułkowskiego -- za bezpodstawne oskarżenia o "przewalenie" przez PZU billboardów na kampanię Donalda Tuska -- ...na 5 billboardach.
Abstrahując od tego co myślę o formie przeprosin "przepraszam, bo tak kazał mi sąd, a tu jest treść przeprosin: [-----] a poza tym i tak myślę, co myślałem wcześniej" -- coraz częściej wydaje mi się, że jesteśmy świadkami swoistego wyścigu sądów "kto wymyśli coś lepszego i powiedzą o tym w telewizji". Jeszcze nie opadł kurz po milionach wydanych przez pieśniarza na przeprosiny p. Doroty Rabczewskiej (7-dniowe wyskakujące okienko w rozmiarze 9x6 cm, a wszystko to w portalu Onet.pl) -- a tu każą Kurskiemu (w końcu nie wiem czy zlicytowali mu tego X5?) kupować powierzchnię reklamową;
i na zakończenie: doskonały rysunkowy komentarz do katastrofy pt. "rozkład jazdy kolei" (z podkreśleniem na "rozkład" właśnie). A doi to dziadostwo kasy publicznej tyle, że byłoby po małym samochodzie dla każdego...
Mówi się bowiem, że nie kręci się już w Polsce fajnych komedii, bo umarł Stanisław Bareja, a scenarzyści zapatrzyli się w hollywoodzki szajs. No to ja odpowiadam, że życie podpowiada najlepsze scenariusze, wystarczy je umiejętnie obserwować -- i opisywać:
"Dziś się przekonałem, że spółka Intercity, obsługująca także TLK, jest równie dziadowska. W rozkładzie internetowym wyczytałem, że pociąg z Lublina do W-wy wyjeżdża o 19.05, a nie o 18.00 jak było jeszcze kilka dni temu. Na Centralnej poprosiłem więc o bilet na ten pociąg, w odpowiedzi usłyszałem, że takiego pociągu nie ma, jest o 18.00. OK, stwierdziłem, że sprawdzę w Lublinie. W Lublinie ta sama informacja, więc spotkanie w pubie siłą rzeczy było krótkie. Przybyłem na stację, a tam informacja, że pociąg jest opóźniony o godzinę (wczoraj podobnie). W pociągu już (swoją drogą wagon I klasy bez ogrzewania, zachciało się luksusów) kierownik pociągu wyjaśnił: Panie, jakie spóźnienie, przecież zmienił się rozkład, też nie wiedzieliśmy ale nam powiedzieli na stacji. I rozbrajająco dodał: widzi Pan, jaki bałagan, nawet my nie wiemy, co się dzieje."
W ramach ciekawostki: zgodnie z zastrzeżeniem prawnym w "portalu podróżnych" PKP (nazwa dość nietrzyznaczna w kontekście regularnych kolejarskich przebojów -- a to kompletny chaos, bo spadł śnieg, a to kompletny chaos, bo z rozkładu spadło kilkadziesiąt pociągów -- to już jest naprawdę najprawdziwszy rozkład) udostępnione tam informacje -- jak rozumiem przede wszystkim rozkład jazdy PKP -- "stanowią utwór w rozumieniu ustawy o prawie autorskim", przeto "pobieranie, wykorzystywanie, dalsze rozpowszechnianie, przedrukowywanie, udostępnianie w jakiejkolwiek formie (w tym formie elektronicznej lub w formie dalszego przekazywania danych za pomocą środków porozumiewania na odległość), przetwarzanie w całości lub w części, za wyjątkiem zapoznawania się z informacjami przez klientów PKP do ich użytku osobistego, wymaga pisemnej zgody TK Telekom".
Pomijając dywagacje co to jest "TK Telekom" (znalazłem spółkę działającą pod firmą Telekomunikacja Kolejowa sp. z o.o., która posługuje się adresem internetowym www.tktelekom.pl) -- to bardzo ciekawa koncepcja, że rozkład jazdy pociągów może mieć charakter utworu, w związku z czym nie można z nim robić tego wszystkiego, czego nam zabraniają.
(Na marginesie: ale czy wolno mi go zaśpiewać? albo wystawić w teatrze? -- chociaż biorąc pod uwagę najnowsze hopsztosy lepszy byłby kabaret...)
A teraz już troszkę bardziej na poważnie. O ściśle tajnych rozkładach jazdy już pisałem, nadal twierdzę, że dane tego rodzaju nie są żadnym utworem, lecz po prostu pobożnym życzeniem na temat tego jak pociągi powinny jeździć po osi czasu. Utworem nie będą także reklamy hoteli czy wypożyczalni samochodów (no tak, decydując się na podróż koleją warto zadbać o nocleg oraz alternatywny środek lokomocji); owszem, trafiłem tam na coś do poczytania co by się nawet mieściło (to chyba dla tych, co nie stać ich na hotel i wynajęcie auta) -- ale klauzula jest na tyle generalna, że wypada ją odnosić chyba do wszystkiego co rzekoma "TK Telekom" zdołała wyprodukować w cudnym "portalu podróżnych".
(Nadesłane przez P.T. Czytelnika, za co niniejszym dziękuję.)
Ta sprawa mnie naprawdę zbulwersowała. Oto jak pokazują sobie ludzie na forum Canon-Board.info (a mi linka podesłał Czytelnik, za co niniejszym dziękuję) nasze kochane Polskie Koleje Państwowe SA ustanowiły sobie dokument (?) o nazwie "Procedura i zasady wykonywania zdjęć na dworcach kolejowych PKP S.A." -- coś na obraz i podobieństwo regulaminu pstrykania fotek -- a w nim same ładne kwiatki.
Po pierwsze PKP łaskawie zezwala na nieodpłatne wykonywanie zdjęć "na własny użytek o charakterze niekomercyjnym". To już coś -- przynajmniej wiadomo, że jak ktoś się przyczepi, to nie trzeba już mówić "służbowo, na statek", lecz "prywatnie, o charakterze niekomercyjnym" -- j mają się odczepić. Nie tak jak tutaj.
Po drugie PKP reguluje sposób wykonywania swoich obowiązków przez dziennikarzy. Otóż osoby wykonujące zdjęcia na potrzeby prasowe i "działające na podstawie ustawy o prawie prasowym" (WTF?) mogą się tym zajmować "tylko po okazaniu pisemnej bądź telefonicznej zgody" wydanej (w oryginale "przedstawionej") przez jeden z wymienionych podmiotów.
Tu robi się naprawdę interesująco: raz, że zawsze miałem wrażenie, że PKP odpowiada za wożenie ludzi, a nie regulację zawodu dziennikarza (jak widać skoro to pierwsze idzie im słabo, to przynajmniej realizują się w tym drugim), a także, że prasie ustawowo i konstytucyjnie przysługują pewne swobody i w zasadzie PKP nic do tego -- zaś akredytacja to dość specyficzny sposób reglamentowania dostępu do dóbr naprawdę rzadkich... -- zatem konieczność uzyskania zgody "na konkretny dzień i wybrane godziny" (to co, jakbym chciał sfotografować syf na wrocławskim Dworcu Głównym, to odmalują, posprzątają i dopiero pozwolą?)
Na marginesie: w jaki sposób można okazać telefoniczną zgodę? Ale może to zmartwienie kolei, skoro "przedstawić" owo zezwolenie ma jeden ze wskazanych tam podmiotów?
Ale najciekawszy jest passus na dole: "zadaniem Policji, Straży Ochrony Kolei i Ochrony dworca kolejowego PKP S.A. jest między innymi, egzekwowanie przestrzegania tych zasad i uniemożliwienie wykonywania zdjęć o charakterze komercyjnym bądź prasowym bez wyżej wymienionych uzgodnień z właścicielami nieruchomości". Czyli jest tak, że kolejarze ustanawiają sobie coś w rodzaju -- zupełnie prywatnego -- regulaminu pstrykania zdjęć, ale zaprzęgają (czy skutecznie?) do egzekwowania nałożonych tam zakazów organy ścigania, które -- zawsze warto przypomnieć: odpowiadają za zwalczanie, wykrywanie i zapobieganie przestępczości.
Jestem nieprawdopodobnie ciekaw w jaki sposób policja czy SOK egzekwują przestrzeganie tych zasad, a także uniemożliwiają wykonywanie zdjęć prasowych bez zezwolenia kolejarzy? Czyżby naprawdę stosując środki przymusu wobec opornych (bo wiadomo, że każdy fotograf to terrorysta)? No i (nie mniej istotne): czy policja w ogóle wie o tym, że PKP SA "zadaniuje" ją na takich plakatach? A może władze spółki i kierownictwo policji zawarły nawet jakieś porozumienie w tym zakresie?
I jeszcze jedna ciekawostka: pod edyktem podpisał się Michał Wrzosek... rzecznik prasowy (o, przepraszam: Rzecznik Prasowy) PKP SA. Znaczy się w PKP tak, że takie regulaminy wprowadza -- oraz rozkaz ścigania dziennikarzy patrolom i sokistom -- wydaje właśnie osoba odpowiedzialna za kontakt z mediami.
Temat tak bardzo mnie zbulwersował, że pozwoliłem sobie napisać do rzecznika prasowego (o przepraszam, Rzecznika Prasowego) listela z garścią pytań. Nie boję się, bo odkąd mamy XXI wiek w pociągu moja noga postała najwyżej 3 razy (serio-serio -- ale teraz już wiem, że miałem nosa), z czego ostatni raz 11 miesięcy temu (po 8 latach przerwy) wiozło mnie ze stolicy do Wrocławia -- i mam wielki plan więcej z usług tego dziadostwa nie korzystać.
Więc mnie nie wywloką za chabety.
PS jakby się ktoś zastanawiał czego wstydzą się Polskie Koleje Państwowe S.A. to polecam wpis Ewki. A zresztą, pozwolę sobie nawet pokazać filmik jej autorstwa na ten temat.
Uwaga, materiał tylko dla ludzi o mocnych nerwach!
W kontekście moich bojów z NCK i MKDiN o uczciwy dostęp do wiedzy nt. tego ile i na co wydaje się tam naszych pieniędzy trafiłem na ciekawą informację poświęconą zapałowi, z jakim amerykańskie publiczne przedsiębiorstwa komunikacji powszechnej bronią... intelektualnej własności ukrytej w rozkładach jazdy.
Najciekawszy przypadek to chyba New York Metropolitan Transportation Authority, które -- po tym, jak niezależny deweloper opracował StationStops, aplikację z rozkładami jazdy na iPhone (sprzedawał ją za 2,99 dolarów) -- zażądało 10-procentowego udziału w jego przychodach (plus pięciotysięcznej, płatnej z góry, zaliczki na poczet swojej prowizji). NYMTA wyszło z założenia, że nawet takie dane jak publicznie dostępny rozkład jazdy publicznego przedsiębiorstwa przewozowego podlega ochronie jak każdy inny kreatywny wytwór umysłu ludzkiego (!), więc skoro ktoś chce z rozkładu korzystać -- oraz czerpać z przez to korzyści -- to musi płacić za sublicencję.
(Ciekawie i całkiem znajomo brzmi też tłumaczenie rzecznika prasowego nowojorskich autobusiarzy: jeśli zgodzimy się na nieograniczone kopiowanie i rozpowszechnianie danych z naszego rozkładu, to nie będziemy mieć kontroli nad tym, co naprawdę ludziom jest pokazywane. A wkurzeni pasażerowie do nas będą mieli pretensje.)
Chris Schoenfeld, twórca StationStops się nie ugiął -- i słusznie, bo rozkład jazdy autobusów nie jest żadnym utworem, lecz prostym zapisem faktów, przeto jego "twórcom" nic się nie należy, nawet jeśli ktoś będzie chciał zarabiać na jego sprzedaży (dla porządku przypomnijmy, że w Stanach nie ma czegoś takiego jak ochrona baz danych) -- więc NYMTA załatwiła go na szaro. Wysłali wniosek do Apple o uniemożliwienie pobierania aplikacji na telefony z logiem zgniłego jabłuszka, zaś Apple -- jak to Apple -- oczywiście programik z iTunes Apps Store usunęła.
Nie ma się co zatem dziwić, że w serwisie Google Maps nie znajdziecie informacji na temat przebiegu nowojorskiego metra, czy waszyngtońskich autobusów (to samo dotyczy np. LA i Houston), jednak już podróżujący po Seattle, SF czy Chicago może planować przesiadki z komputerem. (W Polsce, z tego co widzę, dostępne są informacje o komunikacji miejskiej Warszawy, zaś w Olsztynie policzone są przystanki -- zaś cała reszta może sobie pooglądać inne rzeczy. Nie mam jednak pewności czy przyczyną jest niechęć lokalnych przedsiębiorstw przewozowych co do ujawniania swojego know-how, czy po prostu brak kogoś, kto te dane przeklepie).
Tak czy inaczej jest niezwykle wkurzające, że mamy oto taką sytuację: są sobie publiczne instytucje czy przedsiębiorstwa (BTW to jest dodatkowy paradoks, który zobrazować może nasza kochana Telewizja Polska SA: niby spółka, do której stosuje się kodeks spółek handlowych, a z drugiej strony mówi się o niej per "publiczna"), które istnieją w znacznej mierze tylko dzięki podatkom, które płacimy po równo my wszyscy -- pasażerowie, jak i okazjonalnie korzystający z dobrodziejstwa transportu publicznego (w 2009 r. nie jechałem ani razu autobusem czy tramwajem, przez cały 2008 r. zdarzyło mi się to chyba raz; mało tego: z PKP poprzednio korzystałem parę tygodni po 9/11 i dłuuuuuuuuuugo zanosiło się, że prędzej TGV będzie z Wrocławia do Kudowy jeździć, niż znów wsiądę do pociągu -- ale nie, wiosną musiałem się przekolebać ze stolicy do Wrocławia...) -- ale jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że wytworem intelektualnym jest rozkład jazdy (a pewnie nawet zakichany algorytm spóźnień...), który owszem, mogą nam sprzedać...
Olgierd Rudak, redaktor naczelny i wydawca czasopisma internetowego "Lege Artis".
Prawnik, miłośnik ożywionej przyrody, gór, fotografii i psów; posiadacz "prawie" owczarka belgijskiego malinois o imieniu Boss.
Z przekonania libertarianin, z wyboru stary kawaler ;-)