Pozew o odszkodowanie rozpaczliwą próbą ratowania frekwencji
 Oceń wpis
   

producent kac wawa zapowiedział pozew o krytykę filmu przeciwko Tomaszowi Raczkowi Uwaga, przerywamy milczenie, aby nadać komunikat.

Zadzwonił dziś do mnie dziennikarz z pytaniem: co ja w ogóle myślę o tym, że producent filmu "Kac Wawa" zapowiedział złożenie pozwu przeciwko Tomaszowi Raczkowi za to, że ten -- jako krytyk działając na prawie krytyki -- raczył zrąbać najnowszą polską komedię. I czy człowiek, który wyłożył grubą kasę na film, może pozwać p. Raczka za głośną już opinię:

Ten film jest jak choroba, jak nowotwór złośliwy: zabija wiarę w kino i szacunek do aktorów... Szczerze i nieodwołalnie odradzam pójście na Kac Wawa do kina. Ten film powinien ponieść klęskę frekwencyjną -- może to nauczyłoby czegoś producentów. Wstyd! 

które to słowa miały spowodować niepowetowaną stratę, a to w ten sposób, że wielu widzów nie poszło do kina na ten film, co spowodowało wielomilionowe straty.

Dziennikarzowi odpowiedziałem (upraszam redakcje prasowe o to, by do telefonowania do mnie z prośbą o opinię typowano osoby o ponadprzeciętnym poczuciu humoru), że odpowiedź brzmi podobnie do tej, jakiej zwykłem udzielać na pytanie: czy można łamać prawo? -- bo i owszem, jednak trzeba się liczyć z konsekwencjami.

Jasne, Jacek Samojłowicz może pozwać Tomasza Raczka, podobnie jak P.T. Czytelnicy mogą pozwać mnie, że piszę za dużo lub za mało. Podejmując jednak jakieś działanie każdy z nas musi brać pod uwagę możliwe konsekwencje -- i tak p. Samojłowicz musiałby wziąć pod uwagę nie tylko konsekwencje przegranej sprawy, ale i reakcje środowiska (częścią środowiska jest przecież także krytyka) na takie numery.

Podchodząc do zagadnienia poważnie: powód będzie musiał wykazać, że realnie mógł liczyć na owe wielomilionowe przychody ze sprzedaży biletów (sam fakt, że ludzie nie poszli do kas to za mało!), a także, że jeśli nawet mógł o tym marzyć -- frekwencja jest słaba właśnie przez Raczkową recenzję (bo może na odbiór dzieła pt. "Kac Wawa" złożyli się także inni recenzenci?). Po drugie będzie trzeba sobie jakoś poradzić z kwestią (bez)prawności działania recenzenta: jak świat światem krytyk filmowy jest nie tylko od tego, by film chwalić, ale raczej od tego, by pisać prawdę, jeśli trzeba (zdanie to dedykuję tym, którzy rok temu nie napisali wprost, że "Jeż Jerzy" to denna, żenująca szmira, a także tym, którzy przedstawiali "Habemus Papam" jako po prostu komedię).

Moim zdaniem -- przerwałem milczenie m.in. po to, by właśnie napisać owo sakramentalne "moim zdaniem" -- wszyscy słuchamy Tomasza Raczka właśnie dlatego, by wiedzieć na co warto skoczyć do kina (i co warto omijać szerokim łukiem). Co ciekawe do tego nie trzeba się nawet z krytykiem zgadzać (ja tak mam np. z pisaniem Jacka Żakowskiego: w 4/5 przypadków wiem, że jeśli Żakowskiemu coś się nie podoba, to rzecz jest warta uwagi -- a jeśli Żakowski chwali, to szerokim łukiem obchodź!).
Więc Samojłowicz powinien liczyć na tych widzów, którzy zdanie Raczka za nic mają -- i właśnie na film pójdą, bo Raczkowi się nie spodobał...

(A jeśli jest inaczej, to może czas podpowiedzieć innym krytykom: piszesz dobrze o filmie? ludzie walą drzwiami i oknami na gniota? To może czas zwrócić się do dystrybutora z sugestią: "robisz pan lepszą kasę, odstąp mi 5%!"?) 

W tym miejscu dodam, że dziennikarz chciał koniecznie ode mnie usłyszeć, że żaden prawnik Samojłowiczowi takiego pozwu nie napisze, ale -- nie ma głupich: grunt żeby nie kłamał. Jak uczciwie wyjaśni pokrzywdzonemu producentowi, że topienie kasy w beznadziejny pozew jest równie durne, jak topienie kasy w beznadziejny (ponoć) film, to może nawet robić z gęby cholewę.

I na zakończenie: w żaden pozew, proces, cokolwiek, nie wierzę. Goście specjalnie nakręcili raczej kiepski film (nie widziałem, więc do "Wyjazdu integracyjnego" porównać nie mogę), opowieści o pozywaniu krytyków między bajki -- i rozpaczliwe ratowanie frekwencji -- wkładam. 


PS Załóżmy jednak, że Tomasz Raczek się przestrasza, że pisze o "Kac Wawa" per "geniallissimo! tego by się Antonioni z Mastroianim nie powstydzili!" -- zaś tłumy rozczarowanych widzów zdecydowaliby się na pozew zbiorowy przeciwko krytykowi za oszustwo... To też jest nawet niezły scenariusz.

Komentarze (13)
Zdjęcie portretowe to utwór jak każdy inny
 Oceń wpis
   

bałwanek :) Ciekawy wyrok zapadł wczoraj przed Trybunałem Sprawiedliwości EU: zdjęcie portretowe jest takim samym utworem, jak każda inna fotografia, podlega zatem takiej samej ochronie prawnej. W pewnych sytuacjach może jednak dojść do rozpowszechnienia takiego zdjęcia nawet bez zgody twórcy.

Wyrok wydany w sprawie austriackiej fotografki Evy-Marii Painer przeciwko kilku wydawcom prasowym (sygn. akt C-145/10) dotyczy sporu o publikację zamówionej przez klientkę fotografii portretowej -- a klientką tą była, co bardzo istotne, porwana za młodu i więziona przez 8 lat Natalia Kampusch -- w prasie, bez zgody autora.
Otóż po porwaniu zdjęcia zostały opublikowane przez policję w celu wsparcia poszukiwań, a po ucieczce już 18-letniej Natalii -- kilka gazet wydrukowało jej zdjęcia, w tym także modyfikując rysy twarzy ("postarzając" ją).

Sęk w tym, że za każdym razem wydawcy opatrywali zdjęcie bądź innym nazwiskiem, niż autorki (na marginesie: tak często postępują różne agencje prasowe), bądź też w ogóle bez podpisu. A to stanowi -- podobnie jak modyfikacja obrazu -- naruszenie autorskich praw osobistych twórcy.

Wiedeński sąd, do którego trafił spór, powziął wątpliwość: czy aby prawo nie przydaje "słabszej" ochrony zdjęciom portretowym, a to ze względu na ich realizm, a twórca nie może się wykazać szczególną inwencją i kreatywnością. Z tego względu prasa być może miałaby nawet uprawnienie do publikacji takiego zdjęcia na potrzeby postępowania karnego (jako rodzaj cytatu).

W swoim wyroku Trybunał Sprawiedliwości EU stanął na stanowisku, że ochronie podlega każdego rodzaju działalność twórcza -- czyli kreatywna i oryginalna -- co w przypadku portretu polega m.in. na doborze światła, kąta ujęcia, pozy modela, kadru, a także sposobu opracowania materiału w fazie przygotowania odbitki. W ten sposób każde zdjęcie portretowe staje się wyrazem twórczych możliwości autora -- a więc podlega ochronie prawnoautorskiej.

Co do natomiast możliwości użycia takiego (chronionego) utworu, to i owszem, uprawnienie takie może przysługiwać -- ale tylko organom państwa, nie zaś wydawcom prasy. Wydawcy rzecz jasna mogą się włączyć w te poszukiwania -- i stąd, jak rozumiem, uprawnione jest takie działanie nawet bez wezwania policji czy prokuratury -- o ile jest podjęte w celu odnalezienia osoby porwanej.
Jeśli chodzi o kwestię podpisu pod zdjęciem, to Trybunał Sprawiedliwości przyjął, że nawet jeśli gazety dostały zdjęcie od agencji prasowej, to obowiązkiem tej ostatniej było prawidłowe podpisanie pracy -- wychodząc oczywiście od domniemania, że agencja uzyskała prawidłową licencję na korzystanie ze zdjęcia od autorki.

Tytułem komentarza: rozważania z pewnością w stu procentach pasują do "normalnego", tj. "artystycznego" portretu -- i nie wiem w jaki sposób sąd mógł pomyśleć, że może jednak zdjęcie portretowe jest "gorszym" utworem. Z drugiej jednak strony podkreślić warto, że już w przypadku zdjęć, których kształt określają przepisy prawa (np. zdjęcia do paszportu, do dowodu osobistego) możliwości kreatywnego podejścia twórcy są na tyle ograniczone, że odmówiłbym im prawa do określenia per "utwór". I tu być może przydałoby się coś, o czym napomknął wiedeński sąd: ochrona "mniejsza" ograniczająca się do zagwarantowania twórcy jego praw osobistych (przede wszystkim podpisania pracy), jednak z wykluczeniem ochrony majątkowej.

Druga uwaga, bo o tym też Trybunał nie wspomniał (a przynajmniej nie ma tego w komunikacie prasowym): publikacja zdjęć Nataschy Kampusch nastąpiła po jej ucieczce z niewoli, a więc niewątpliwie celem ich rozpowszechnienia (w tym modyfikacji) bez wątpienia nie było wsparcie poszukiwań, lecz sprzężenie zainteresowania publicznego ("patrz, może idzie obok ciebie!") ze sprzedażą czasopism.

Komentarze (20)
Porażka Romana Giertycha w batalii przeciwko wolności słowa
 Oceń wpis
   

Mecenas Roman Giertych nie szczędził swego czasu wysiłków by powiadomić opinię publiczną o jego pretensjach przeciwko administratorom for internetowych, którzy mieli odpowiadać za komentarze użytkowników "jak prasa". Do rozpowszechniania swoich teorii -- nazywam je negacjonizmem prawnym -- użył nawet programu Tomasza Lisa w publicznej TV (warto poczytać o tym jak Tomasz Lis zapraszał do swojego programu innego adwokata-eksperta od spraw dotyczących prywatności -- zapominając przy tym, że ów adwokat jest jego pełnomocnikiem w ważkim sporze...).

Mam zatem nadzieję, że równie wytrwale będzie teraz informował -- może nawet u Lisa -- o tym, że przegrał proces wytoczony wydawnictwu Axel Springerowi o to co ludzie pisali na forum "Faktu".

Sęk w tym, że wbrew temu, co adwokat Roman Giertych opowiadał tu i tam -- a redaktor Lis nie raczył nawet sprawdzić jak jest (i ripostować! wolność słowa, Panie Naczelny tygodnika!) -- art. 14 ust. 1 UoŚUDE trzyma się jeszcze nieźle. Pamiętali o tym sędziowie z warszawskiego Sądu Okręgowego, więc nie ma "precedensu": usługodawca co do zasady nie będzie ponosił odpowiedzialności za treści i dane pochodzące od jego użytkowników, jeśli ich nie moderuje, albo jeśli nie otrzymał informacji o bezprawnym charakterze danych (zaś po otrzymaniu takiej informacji bezzwłocznie uniemożliwił dostęp do tych danych).

I chociaż zdaję sobie sprawę, że to tylko pierwsza instancja, i że adwokat Giertych zapewne będzie apelował (a niech apeluje, choćby i do Strasburgów!), wypada się cieszyć, że wszystko wraca na prawidłowe tory.

Przy okazji chciałbym podpowiedzieć p.p. Radziszewskiej i Sikorskiemu, żeby staranniej dobierali sobie doradców prawnych (szef MSZ, mam nadzieję, z własnej kieszeni płaci za usługi adwokata Giertycha), bo chociaż żaden o sobie na wizytówce per "kauzyperda" nie napisze, to są prawnicy, którzy wiedzą jak jest.

Komentarze (13)
Dwa wesela i pogrzeb wolnego słowa
 Oceń wpis
   

A dziś, przy piątku, o dwóch próbach szachrajstwa, które się nie udały -- i o jednym, które się udało, bo tak prawo chciało:

  • temat pierwszy to pompowanie sprzedaży przez "Wall Street Journal". Otóż okazuje się (a wyczaił to nieoceniony "Guardian"), że należący do Ruperta Murdocha dziennik miał w zwyczaju układać się z europejskimi przedsiębiorstwami: w zamian za powoływanie się na prezesów i dyrektorów w artykułach, kierowane przez nich firmy kupowały dziesiątki tysięcy egzemplarzy gazety za cenę 1 centa od sztuki. Co ciekawe, do pewnego momentu ustawione firemki kupowały gazety za własne pieniądze, ale jak im się odechciało, to News Corp. zaczęła nawet przepychać pieniądze (przez pośredników), żeby tyko łańcuszek się nie urwał.
    Chodziło -- a jakże -- o wykazywanie przed reklamodawcami lepszej cyrkulacji; a było o co się starać, bo tylko holenderski Executive Learning Partnership zapewniała 16% europejskiej sprzedaży "Wall Street Journal".
    Po wykryciu machinacji człowiek stojący za chytrym planem musiał odejść z pracy, zaś News Corp. musi liczyć się z retorsjami zarówno ze strony rynku, a i być może konkurenci nie darują przekrętów (bo pompowanie sprzedaży to przecież czyn nieuczciwej konkurencji);
  • temat drugi to nasz rodzimy OFE Polsat, któremu -- piszę za "Rzeczpospolitą" -- KNF zarzuca sztuczne zawyżanie wartości jednostki funduszu emerytalnego. Mechanizm był dość prosty: 30 września wartość jednostki rozrachunkowej nieoczekiwanie wzrosła o 20 groszy -- a to dlatego, że cudownie wzrosły kursy akcji paru spółek (w dodatku tych mniej płynnych; prasa nic nie pisze wskutek jakich to działań kursy tych akcji wzrosły, a to chyba też byłoby ciekawe?). Dzięki takiemu zabiegowi trzyletnia stopa wzrostu OFE Polsat miała pójść znacząco w górę, przez co mógłby on liczyć m.in. na znacznie lepszą pozycję przy losowaniu szczęściarzy, którzy własnoręcznie nie wybrali funduszu.
    I tym razem się nie udało: Komisja Nadzoru Finansowego próbę window dressing wyczaiła, do obliczeń wzięto dane z 29 września -- a ja się zastanawiam czy to koniec historii?;
  • i trzecia opowieść: niemiecki "Handelsblatt" zdecydował się na opublikowanie wywiadu z prezesem francuskiego BNP Paribas, w którym były tylko pytania -- bez odpowiedzi...
    Serwis Press.pl pisze, że w taki sposób dziennikarze tego ekonomicznego tytułu postanowili zaprotestować przeciwko prawu ograniczającemu wolność słowa, albo -- bo tak rozumiem przesłanie informacji -- przeciwko przepisom umożliwiającym osobie udzielającej wywiadu na manipulację własnymi słowami.
    Otóż po przesłaniu wywiadu do autoryzacji prezes Baudoin Prot zaczął wielokrotnie przeredagowywać własne wypowiedzi, aby w końcu -- miało trwać to miesiąc -- wycofać zgodę na publikację wywiadu.
    Nie da się ukryć, że przepisy dotyczące autoryzacji wypowiedzi -- zwłaszcza rozumiane jako uprawnienie do zmiany sensu wypowiedzi (bo nie mówię o korekcie oczywistych błędów rzeczowych, zwłaszcza jeśli popełni je dziennikarz spisując słowa interlokutora) -- to chore prawo i dobrze, że znajdują się czasem dziennikarze (nawet jeśli będą to przedstawiciele niemieckich redakcji...), którym chce się w jawny sposób zaprotestować przeciwko temu absurdowi.
Komentarze (10)
Jest życie poza Warszawą ;-))
 Oceń wpis
   

Aniołki Kaczyńskiego okładka WprostA teraz coś całkowicie z innej beczki: wystarczało parę zdań wyrażonej opinii o firemkach biorących się za zawodowe ściganie jumiejących internautów dla "Gazety Prawnej", a rozdzwonił się mój telefon w kieszeni.

No dobra, z telewizji zadzwonili tylko dwa razy, ale obie rozmowy były pocieszne:

  • telewizja nr 1, abonamentowa, głos męski: czy mogę udzielić wypowiedzi? No przecież mogę, pod warunkiem, że ekipa przyjedzie do mnie. Czyli dokąd? A, do Wrocławia -- A to skontaktuję się z Wrocławiem. I za kwadrans esemes, że są zarobieni i się nie da. OKej -- jak dla mnie luz;
  • telewizja nr 2, bezabonamentowa, głos żeński: zapraszam do programu o piractwie internetowym, na poniedziałek. Ja na to, że chętnie (w sumie wiedziałem, że będzie skucha, więc mogłem skłamać...), ale chciałbym wiedzieć gdzie i kiedy? Poniedziałek, godzina jakaś tam, a my jesteśmy przy ulicy takiej a takiej.
    Uśmiechnąłem się pod nosem i mówię, że może być problem, bo jestem 360 kilometrów od Warszawy; a panna na to: oj, to szkoda, bo rozumiem, że pan nie przyjdzie do nas? No nie da się...
    I jak już podpowiedziałem jej do kogo jeszcze może się zwrócić, panna do mnie: "to życzę miłego wypoczynku".. A ja jej na to, że to nie wypoczynek, że mieszkam w innym mieście, bo przecież jest jeszcze życie poza Warszawą.

To jest w sumie zabawne jak wiele osób, które szukają kontaktu z ludźmi, o których przeczytali albo zasłyszeli w centralnych mediach ma pewność, że rozmówca musi mieszkać i pracować w stolicy (dotyczy to nie tylko wczorajszej dziennikarki, ale i na przykład różnych organizatorów szkoleń, którzy też czasem do mnie telefonują). Tymczasem mam niesprecyzowane wrażenie, że zwłaszcza dziennikarze -- zwłaszcza próbując skompletować zestaw osób do jakiegoś programu -- powinni najsamprzód obadać z kim dokładnie mają do czynienia, a nie lecieć od razu z tematem... Mail Online on Amanda Knox -- is it journalism?

A dlaczego właściwie o tym piszę? Bo chciałem ostatnio skrobnąć parę zdań na temat mniej lub bardziej zabawnych wpadek dziennikarskich; przy czym mniej zabawna to relacja w Mail Online (to portal brukowca Daily Mail) z łez Amandy Knox po oddaleniu jej apelacji od wyroku, w którym uznano ją winną morderstwa (tymczasem włoski sąd uniewinnił Knox, dzięki czemu mogła ona wrócić do domu) -- zaś bardziej zabawna to pewność z jaką red. Tomasz Lis wpierał Jarosławowi Kaczyńskiemu, że nie wie skąd startują tzw. "aniołki Kaczyńskiego" -- a później się okazało, że bazował na błędnej, lecz sprostowanej informacji podanej przez "Wprost" (czego już naczelny tego tygodnika nie doczytał...)

No i tak doszliśmy do rzetelności dziennikarskiej...


PS popołudniem kolejny telefon, znów telewizja nr 1 (ale tym razem głos damski): czy zechciałbym we wtorek wziąć udział w programie "Gadanie na śniadanie" (czy jakoś tak) -- o ściganiu piratów internetowych. Rozśmieszyło mnie to, więc mówię wprost "tak, jeśli studio jest we Wrocławiu", a dziewczę coś w ten deseń: "oj, nie, w Warszawie, ale czy nie mógłby pan przyjechać? nie da się?"
Niniejszym oznajmiam, że do końca miesiąca nie odbieram żadnych połączeń od prefiksu 799, zaś na wszystkie zaproszenia od TVP2 będę reagował negatywnie po świata kres.

Komentarze (12)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
O mnie
Olgierd Rudak
Olgierd Rudak, redaktor naczelny i wydawca czasopisma internetowego "Lege Artis". Prawnik, miłośnik ożywionej przyrody, gór, fotografii i psów; posiadacz "prawie" owczarka belgijskiego malinois o imieniu Boss. Z przekonania libertarianin, z wyboru stary kawaler ;-)
Najnowsze komentarze
2012-05-21 15:42
PAWEŁ W.:
e-Sąd: początek przygody (zakładanie konta w e-sad.gov.pl)
Błędy aż wstyd komentować dalej i poprawiać
2012-05-20 01:54
opinie:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Tak to jest jak poslami sa przypadkowe osoby... a pqrtii Palikota tak jest...
2012-05-20 01:42
opinie:
Pozew o odszkodowanie rozpaczliwą próbą ratowania frekwencji
Ale ten film nie jest wcale taki zły :)
2012-05-19 15:52
kaszuby:
O ptasim mleczku i Ptasim Mleczku® raz jeszcze
Ach ten Wedel kiedy ta firma zajmie się powazniejszymi sprawami. Na swoje zyczenie negatywnie[...]
2012-05-19 15:45
kaszuby:
"Słynne masło roślinne"
Masło roślinne to w sumie olej roślinny. A więc wg mnie jedno można podciągnąc pod drugie..
2012-05-19 15:39
pozyczka:
Alior Bank: fałszowanie regulaminów, kłamstwa i bałagan
Ten bank o klienta jakością obsługi starał się tylko na początku, teraz to już na pewno nie[...]
2012-05-19 15:29
emerytury:
O zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn
Tylko problem jest taki, że część ludzi wogolę nie odkładałaby pieniądzy na emeryturę. Albo[...]
2012-05-18 07:28
polokolo:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Hmmm.... a ciekawe czy strony prywatne też "podpadają" pod klauzule niedozwolone? Czy je też[...]
2012-05-16 16:07
Polak który ciężką :
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Ty kurwo!!!!!! Jak ktoś próbuje uczciwie zarabiać na chleb ale nie zna milionów przepisów to[...]
2012-05-15 17:07
fat:
Alior Bank: fałszowanie regulaminów, kłamstwa i bałagan
A dzisiaj nie można wypłacić pieniążków bo 'mają awarię systemu' ... nikt nie wie kiedy[...]
2012-05-15 11:38
jamto:
O ptasim mleczku i Ptasim Mleczku® raz jeszcze
Raz jeszcze o Wedlu. Zapraszam do poczytania jak to Wedel klientów w @$#@# robi :)[...]
2012-05-07 16:29
rozek12:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
I kamizelkę kuloodporną w razie zapuszczania się w tereny zalesione- zawsze może znaleźć się[...]
2012-05-07 15:56
handel emisjami:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
No ale obowiązek jazdy na rowerze w kasku mogliby wprowadzić, czemu nie? I w ochraniaczach na[...]
2012-05-04 23:29
2222:
O Pro Bono i jego pełnomocnictwach, wezwaniach, ugodach...
moze zabrac
2012-05-03 10:53
robal_pl:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Akurat swiatla to na prawde powinien miec wlaczone jesli jedzie po drodze. I generalnie[...]
2012-04-30 17:57
rocket00:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
Pani Rakieta? :)
2012-04-30 15:29
zjadacz_mleczka:
Świat wg ACTA (ptasie mleczko tango down)
rotfl dokladnie, pozwac - z banku mozna wydrzec miliony!!! A ja tam chromole wedla w p...e[...]
2012-04-30 14:35
rozek12:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Dajże jakiegoś wpisa Olgierd bo ja (a domniemam że mógłbym użyć "my") czekam wyposzczony.
2012-04-27 14:41
QM music:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
problematic nie jest podstawiony, faktycznie Spółka QM music prowadzi wiele spraw zarówno[...]
2012-04-25 12:38
m852:
Jak pozwać Polbank i nie dać się zwariować ;-)
Mam do Pana pytanie. Zawarłam umowę ubezpieczenia komunikacyjnego z Axa Direct odddział w[...]
2012-04-24 21:13
Alabama:
Świat wg ACTA (ptasie mleczko tango down)
i jak sie to skonczylo?
2012-04-20 18:13
złość:
Zagraj to jeszcze raz na KOBIZE, Sam
dobrze, że tutaj można znaleźć wyjaśnienia Kobize, na oficjalnej stronie już ich nie ma! Jak[...]
2012-04-17 21:10
69motor@gmail.com:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Witam wszystkich Dzisiaj moja małżonka dostałą pismo z w/w "Stowarzyszenia". Podana jest[...]
2012-04-16 14:08
rtyrty:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
to lipa
2012-04-13 09:49
sodoma:
Internet z siedzibą w Warszawie
A do mnie dzwoniła Pani z TPSA i mówiła, że chce ze mną porozmawiać jako z właścicielem internetu :D