Po moim ostatnim -- przyznam, dość prowokacyjnym wpisie -- dostałem sporo korespondencji, za co niniejszym dziękuję.
Anonimowi głównie respondenci raczyli zwrócić moją uwagę na parę ciekawych faktów (odżegnując mnie równocześnie od czci i honoru).
Co ciekawe, dostało mi się nie tyle za propozycję napisania wodewilu o Powstaniu Warszawskim, ile za... przywoływanie osoby Ernsta Röhma (i jego comingoutu), który (cytuję) "nie mógł być lewicowcem i antykapitalistą, bo nosił swastykę na ramieniu".
Dostało mi się nawet za pisanie o preferencjach tego nazistowskiego aparatczyka (cóż, ale skoro taka jest prawda -- dlaczego mam o tym nie pisać?), plus "czy ja chcę przez to przemalować hakenkreuz na różowo?"
Od razu wyjaśniam: nie chcę, ale co ja poradzę, że i taki gość budował nazizm?
A na otarcie łez krytykantom odwieczny przebój -- Y.M.C.A. i Village People. Bardzo zgrabna melodia.



