Pół zdania warto poświęcić reakcjom na zamachy zorganizowane przez norweskiego szaleńca: wybuch bomby w centrum Oslo oraz masakrę na wyspie Utoya.
Rzecz w tym, że mówi się o tym, by Unia E. jeszcze bardziej ograniczyła dostęp do broni, tak by takie rzeczy nie mogły się już więcej powtórzyć.
To tradycyjny błąd logiczny polityków -- przytrafiający się także naszym przewodniczącym -- którym zdecydowanie za często zdarza się mylić własne marzenia z rozsądnymi przemyśleniami wynikającymi z analizy problemu i przedkładać dojutrkowość nad wgląd w trwałe skutki swoich decyzji.
Takie gadanie będzie miało sens tylko w jednym przypadku: jeśli rezolucją dowolnego gremium europejskiego lub światowego uda się przerwać produkcję broni palnej i amunicji na całym świecie oraz równocześnie przekonać posiadaczy już wyprodukowanego sprzętu do jego prędkiego zniszczenia. Bez znaczenia czy to broń myśliwska, bojowa czy jakakolwiek inna.
Gangsterzy czy szaleńcy w gatunku Andersa Behringa Breivika nie biorą przecież karabinów z publicznie dostępnych sklepów. Rzadko też zdarza się, żeby zbrodni dokonał jej legalny posiadacz -- przykładem niech tu świeci do znudzenia przywoływania przeze mnie w takich dyskusjach Helwecja, gdzie praktycznie w każdym domu znajduje się nieźle wyposażona zbrojownia. I nic złego się nie dzieje.
Natomiast lżej na sercu się robi kiedy czytam, że jednak nie wszyscy politycy popadają w owo magiczne europejskie myślenie. Cytowany przez media Andrzej Czuma mówi -- a ja się z nim zgadzam -- że ograniczenie dostępu do broni służy bandytom, bo gdyby na tej wyspie "choćby jeden z tych biednych ludzi miał jakąś broń, w ciągu 10 sekund by ją odbezpieczył i uratował kilkadziesiąt osób". Bo chociaż nie da się mieć takiej pewności, snuć można przypuszczenia, że faktycznie ktoś mógłby dać sobie radę.



