Internetowy pstryczek-elektryczek
 Oceń wpis
   

darth vaderMarzy się P.T. Czytelnictwu zasadniczo niekontrolowana sieć, zwłaszcza bez żadnych RSiUN-ów czy różnych pstryczków-elektryczków, które umożliwiłyby waadzy na wyliczankę "entliczek-pętliczek, zielony stoliczek, dzisiaj odcięty od sieci będziesz ty"?

Co innego marzy się Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji, która w swojej opinii dotyczącej planowanych zmian w zasadach ochrony danych osobowych postuluje (podkreślenia moje):

Uważamy też, że UE powinna zreorganizować sieć Internetu na swoim obszarze jako sieć intranetu z własnymi serwerami DNS. Sieć ta byłaby połączona z resztą Internetu poprzez kontrolowane we/wy. W takim przypadku kontrola czy wyłączenie sieci w innych regionach świata nie powinno naruszać stabilności tej sieci UE (...)

Jeśli ktoś myśli, że postulat "wewnętrznego internetu" z własnym pstryczkiem-elektryczkiem -- który, co oczywiste, działać będzie w obie strony (tj. nasz ów intranet będzie można całkiem chwacko odizolować od zewnętrznych bezeceństw) -- jest autorskim pomysłem PIIT, to jest w grubym błędzie. Oto nad podobnym pomysłem obraduje parlament Wenezueli (chodzi o zmiany w ustawie o Społecznej Odpowiedzialności Radia i Telewizji, Ley de Responsabilidad Social en Radio y Televisión), a proponowany art. 212 stanowić będzie:

Z uwagi na strategiczne znaczenie sektora Państwo utworzy punkt wzajemnych połączeń lub dostępu do sieci dostawców usług internetowych działających w Wenezueli w celu obsługi ruchu wychodzącego i przychodzącego, w celu bardziej efektywnego wykorzystania krajowej sieci.

Jeśli zapytacie mnie "a skąd oni mają takie pomysły?" -- odpowiem: nie wiem, ale mogę się domyślać. Przypadek Wenezueli jest prosty: Chavez to nowy Enver Hodża, ale PIIT?
W PIIT takie pomysły biorą się pewnie z tego samego, z czego 7 lat temu powstał projekt ustawowego uregulowania zasad wykonywania zawodu informatyka, który był (jest?) niezbędny, ponieważ szeregu zawodów nie sposób wykonywać bez nadzoru samorządowo-korporacyjnego, zaś w przypadku rynku informatyków panuje wolna konkurencja, a zatem pracować może każdy...

Cytowany przeze mnie fragment pochodzi z opinii dotyczącej planowanych zmian w zasadach ochrony danych osobowych. Czytam ten dokument (drugi kwiatek: "Należy przyjąć, że dane osobowe obywateli UE mogą być przechowywane wyłącznie na ternie UE. Inaczej mówiąc ani FBI ani Google ani żadne inne instytucje nie mogą przechowywać tych danych poza terenem (fizycznym) UE" -- to jak, zabronią mi rejestrować się w amerykańskich serwisach?!?!?) i włos mi się na głowie jeży.
 

PS temat podesłał kol. Sergiusz Pawłowicz, za co niniejszym dziękuję :)

PS już po zatwierdzeniu tekstu do publikacji sprawdziłem RSS, a tam tekst Pawła Krawczyka ("PIIT chciałby europejskiego internetu za "żelazną kurtyną?") i wyjaśnienia Wacława Iszkowskiego, szefa PIIT, które może nie byłoby potrzebne, gdyby treść opinii nie była zamotana.

Komentarze (13)
Tajemnica korespondencji elektronicznej
 Oceń wpis
   

gmail gmailSporo ciekawych rzeczy dzieje się ostatnio za Oceanem. Oto Sąd Apelacyjny 6 Okręgu (6th U.S. Circuit Court of Appeals -- to ostatnia instancja przed Supreme Court) orzekł w sprawie Warshak vs. US, iż korespondencja prowadzona za pośrednictwem poczty elektronicznej podlega ochronie wynikającej z Czwartej Poprawki, a zatem jeśli władze chcą zapoznać się z jej treścią, muszą uprzednio uzyskać nakaz sądowy -- i to nawet jeśli adresatem żądania ma być dostawca usług pocztowych, nie zaś osoba prowadząca korespondencję.

Rozstrzygnięcie powstało w sprawie, w której rząd nakazał serwisowi utrzymującemu skrzynkę pocztową Stephena Warshaka zapisywanie wszystkich przyszłych listeli obywatela -- oczywiście w celu podzielenia się ich zawartością ze służbami. Takie zarządzenie miało być -- zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości -- niezaskarżalne dla zainteresowanego, zaś jego korespondencja nie podlegająca konstytucyjnej ochronie, a to właśnie dlatego, że przeszukanie miało miejsce u osoby trzeciej (dostawcy serwera pocztowego).

W orzeczeniu (pokrzywdzonego Amerykanina w toku postępowania wspierała Electronic Frontier Foundation) sąd wyraził pogląd, że każdy obywatel ma prawo oczekiwać poszanowania jego prywatności, zatem żądanie umożliwienia dostępu do treści wiadomości zgromadzonych na serwerze bez uzyskania zezwolenia sądowego naruszało prawa podsądnego, nawet jeśli był on równocześnie podejrzanym o popełnienie przestępstwa (za które grozi mu nawet 25 lat więzienia).
Nie może mieć przy tym znaczenia sposób prowadzenia korespondencji, zatem identycznej ochronie podlega zwykły papierowy list, rozmowa telefoniczna, jak i wiadomość przesłana za pomocą poczty elektronicznej.

Taka myśl nasuwa mi się: ciekawe co o tym pomyślałyby polskie sądy, choćby w kontekście samowolnego i nieograniczonego podglądania przez nasze służby wykazów rozmów dziennikarzy i zwykłych Polaków-szaraków, co rzecz jasna "nie jest działaniem nielegalnym".

Komentarze (12)
Piszę bloga, ale nie jestem blogerem
 Oceń wpis
   

Blog Forum Gdańsk 2010Zaczepiło mnie dziś parę osób pytając o zapowiedzianą quasi-relację z Blog Forum Gdańsk 2010, zapewne licząc na niezłe kontrowersje.

Kontrowersji nie będzie, bo chociaż czułem się momentami jak na tureckim kazaniu (poznałem ciekawe użycie słowa "ekspertyza" -- otóż "mieć ekspertyzę" to "mieć kwalifikacje), a momentami jak na obradach Związku Zawodowego Pracowników Blogosfery (nie da się ukryć, że to co nas podnieca to się nazywa kasa, a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa) -- a ponadto mogę jeszcze odesłać do ciekawych konstatacji Małgorzaty Karoliny Piekarskiej -- ogólnie jestem pewien, że impreza mogła się podobać (wyjąwszy serwowane dania, które były okropne oraz sytuację na froncie toaletowym, która była koszmarna).

Czego mi najbardziej zabrakło? Dyskusji o wolności (i ewentualnie granicach wolności) w internecie -- zabrakło mi tego tym bardziej, że cała konferencja została zorganizowana pod hasłem wolności właśnie. W zasadzie jedyne trzy kwadranse tematowi poświęcił Vagla, ale późniejszy panel dyskusyjny, w którym miałem zaszczyt wziąć udział, zdominowały pytania o wolność do wieszania reklam na blogaskach oraz pytania "dlaczego blogujesz?" (Z drugiej strony życzę Ardzu i Samiemu, żeby i w ich krajach prędko zaczęły ludzi trapić takie problemy jak nas.)

A przecież mówiąc w kontekście WikiLeaks o niedopuszczalności organizowanych przez Anonimów mścicielskich ataków DDoS na serwery MasterCarda, Visy i PayPal (o sprawie mówił w swoim wystąpieniu Vagla) nie sposób nie zauważyć dwóch dodatkowych i wcale nie marginalnych aspektów sprawy: (i) raz, że zaczęło się od tego, że PayPal zablokował konto organizacji, za pomocą którego zbierano pieniądze przeznaczone na obronę Bradleya Manninga, więc jego działanie może skutkować niemożnością skorzystania przez szeregowego z prawa do obrony przed oskarżeniami kierowanymi przez reżim Obamy, a co więcej (ii) już John Locke pisał ("Dwa traktaty o rządzie"), że prawem ludu jest wypowiedzieć posłuszeństwo tyranowi i jego prawom.
Skoro PayPal -- ulegając namowom tyranii -- zagarnia pieniądze wpłacane na pokrycie kosztów adwokata dla Manninga (mówiło się o wydatkach rzędu 100 tys. dolarów!) to automatycznie stawia się poza wszelkimi nawiasami. (Jeśli chcecie poczytać więcej o kosztach i wydatkach WikiLeaks, polecam ten tekst na "Wired".)

I jeszcze jedno (znów będzie o Vagli, który z dystansem odniósł się do wystąpienia Samiego): nie zawsze jest tak prosto, że jest sobie jakieś prawo, którego wystarczy przestrzegać, choćby i sarkając, że dura lex sed lex. Jak się okazuje w Tunezji (specjalnie porozmawiałem o tym z Samim Ben Ghrabią) nie ma prawa, które zakazywałoby krytyki rządu; jest tam całkowicie inaczej: każdy Tunezyjczyk ma prawo mówić o rządzie źle. A najgorzej jest, jeśli z prawa zechce skorzystać...
(Tu muszę sam uderzyć się solidnie w piersi, bo za rzadko i za mało wspominam o tym, że prawo to nie tylko jego litera, a nawet nie praktyka -- ale to coś, czego przeczytać się nie da.)

I ostatnia sprawa, którą zasygnalizowałem ćwierćzdaniem i chyba chciałbym rozwinąć: masakrycznie dziwnie się czuję z wrażeniem, że coraz więcej ludzi odbiera wolność wyłącznie przez pryzmat "tego na co mi się zezwala" -- w ładnej wersji brzmi to "wolność ma swoje granice". Otóż co do zasady jest to bzdura: jeśli wolność ma swoje granice, to przestaje być wolnością i staje się ograniczeniem wolności (tak też rezolutnie mówi o tym nasza konstytucja)!
I owszem: takie ograniczenia są jak najbardziej słuszne -- o tyle, o ile służą wolności innych osób -- co nie zmienia podstawowego faktu, że z podstawowego punktu widzenia z wolnością nie mają nic wspólnego.

Podejście "wolność jest tym na co mi zezwolono" prowadzi do akceptacji absurdalnej (z mojego punktu widzenia) gry z moderatorami Facebooka, którzy zasadniczo mogą skasować komuś konto "zaniemanie racji" (vide profil żaglowca Fryderyk Chopin) albo zasad sklepiku Apple, który pozwala właścicielom iPhonów na instalowanie dowolnych aplikacji, pod warunkiem, że sklepik się na to zgodzi (popatrzcie na to w ten sposób: to mój telefon, ale co mogę w nim mieć, mówi mi producent telefonu)... W normalnym świecie taka postawa byłaby zasadniczo piętnowana -- ale w naszym świecie za nieszkodliwych wariatów uważa się osoby, które mogą twierdzić, że im większy wybór tym lepiej (klasycznym nieporozumieniem jest dla mnie felieton Wojtka Orlińskiego, który wydaje się dowodzić, że najlepiej nie mieć w ogóle wyboru...)

I temat ostatni, o którym też pamiętałem przed imprezą, ale nie było jak: ograniczenie naszych praw i wolności (głównie przez nasze kochane władze i urzędy) przez to, że nie chce się im wykonywać swoich podstawowych obowiązków. Już mi się nawet nie chce mówić o krnąbrnych i leniwych urzędniczkach (to norma), ale o tym, że jeśli my czasem mamy prawo coś wiedzieć, a oni chcą to przed nami ukryć -- co następuje z pogwałceniem naszej wolności -- zawsze warto pamiętać.

(Kolejna dygresja: owej popkulturowej presji nie są w stanie oprzeć się nawet cyberdysydenci -- "mściciele" chętnie pokazują się w znanych z hollywoodzkiego (acz skądinąd doskonałego) filmu "V for Vendetta" maskach Guya Fawkesa. To już taka popkultura buntu i bunt popkultury...)

Czego mi jeszcze zabrakło na Blog Forum? Przede wszystkim obecności osób, które z pewnością piszą bloga, ale blogerami raczej nie są (bo od głośnych zapewnień "jestem blogerem" robiło się mocno mdło). Mam na myśli zasadniczo WO, ale pewnie i paru innych dziennikarzy, którzy całkiem nieźle radzą sobie na blogowym poletku, a także blogujących polityków. Skład personalny był dość jednorodny, nie brakowało cmokań przy wystąpieniach kolegów (oraz zbytecznych przysrywanek...), przez co największym smaczkiem był chyba Rajmund Pollak -- co oczywiście nie przeszkodziło członkom Związku Zawodowego Pracowników Blogosfery ochać i achać po, przed i w trakcie każdej jego wypowiedzi (co jest najlepszym dowodem, że największym wrogiem związkowca jest inny związkowiec).

Dla mnie duże doświadczenie, zgodnie jednak z poczynioną wcześniej zapowiedzią (powtórzoną na głos do mikrofonu): byłem na takiej imprezie pierwszy i ostatni raz; nie mój świat. Zasadniczo dlatego, że może ja i piszę bloga, ale blogerem chyba się jednak nie czuję (a wiem to na bank właśnie od soboty).

 

PS z kronikarskiego obowiązku muszę wspomnieć, że do Rejestru Korzyści Blogerskiej muszę dopisać przeloty na trasie WRO-WAW-GDN (i nazad) oraz nocleg w hotelu, co był uprzejmy bilet LOT GDN-WAW-WROsfinansować gdański magistrat (mam nadzieję, że nie za pieniądze na odśnieżanie -- a śmiem pytać, bo przeszedłszy się w sobotę wieczorem z Dominikiem Kaznowskim po Długim Targu i przyległościach doszedłem do wniosku, że nikt tej ich starówki nie sprząta z nadmiaru śniegu...). (Zastanawialiśmy się z Vaglą czy aby profesjonalni blogerzy prowadzący działalność gospodarczą uwzględnią owe darmowe świadczenia w przychodach i opodatkują ją; wyszło, że świadomość w narodzie niewielka...)
Aha, dostałem też jakąś torebkę z suwenirami (jakiś długopis, notesik, czarodziejski kubeczek wykonany rączkami chińskich dzieci -- to dobry akcent do dyskusji o wolności), ale posiałem go w szatni, pewnie ktoś sobie wziął. I dobrze.

PS2 nie dziwcie się też, jeśli przestanę jechać po Orąż. Poznałem Wojtka Jabczyńskiego, który okazał się bardzo fajnym człowiekiem -- chociaż pracuje w Tepsie! Po Microsofcie jeżdżę mało, więc ze spędzonych wspólnie z Patrykiem Góralowskim 5 godzin w restauracji na piętrze gdańskiego portu lotniczego tłumaczyć się nie będę... ;-)
 

Komentarze (22)
7 z tygodnia (IX)
 Oceń wpis
   

Dzisiejsza porcja złotych myśli nieco opóźniona. Raz, że byłem na pewnej imprezie (na quasi-relację musicie poczekać, może jutro będzie), a dwa, że powrót miałem z przygodami, więc zamiast znaleźć się we Wrocławiu po 20, byłem dopiero o północy. No ale cóż, tak to jest jak Lot się skupia na wymianie prezesów (luty 2007, kwiecień 2007, kwiecień 2008, wrzesień 2010), a nie taboru wożącego pasażerów.
A więc jedziemy z koksem: 

  • Rzecz okropna wyjątkowo: po śmierci Barbary Blidy "czuwający" przy zwłokach funkcjonariusze ABW wykonali setki połączeń telefonicznych, w tym kompletnie irracjonalnych, w tym do salonów masażu -- wyłącznie po to, by zamazać możliwość odcyfrowania ich kroków i planów. Jak pisze Wyborcza.pl rekordzista zadzwonił aż 225 razy, co czyni jego billingi kompletnie bezużytecznymi dla śledczych. Mało tego, dla lepszego zatarcia śladów bezpieka wymieniała się komórkami (więc nie wiadomo kto dzwonił dokąd) -- ale zdaniem kierownictwa służb "kombinowanie nie jest standardową procedurą w ABW".
    Coraz częściej (to eufemizm) dochodzę do wniosku, że służby zawsze będą miały tendencje do wynaturzania się i realizacji własnych interesów -- i nie trzeba być szaleńcem ani zwolennikiem spiskowych teorii, by mieć takie zdanie. Sprawa Blidy to modelowy przypadek: spreparowane zarzuty korupcyjne, wjazd na chatę przy kamerze, katastrofa przy czynnościach -- a teraz lata rozmywania odpowiedzialności i braku odpowiedzi. I znów się okaże, że łatwiej było pobić Hitlera, niż wyjaśnić odpowiedzialność p.p. Kaczyńskiego i Ziobry za śmierć byłej ministerki.
    Na marginesie: ciekawym ile z tych zaciemniających punktów, do których jednak dzwoniono (jakieś sklepy, salony masażu właśnie) to po prostu przykrywki i lokale służb;
  • nie sposób nie napomknąć znów o "aferze" WikiLeaks (tu też służby dały wielokrotnie plamę), ale w nieco innym ujęciu: zadziwiająco często zdarzają się komentarze (choćby na blogach pisanych przez młodych ludzi) uznające, że skoro rząd amerykański kazał odciąć organizację od finansowania i hostingu, a MasterCard, PayPal i Amazon skwapliwie wykonały polecenie (służbowe?), to na pewno WikiLeaks jest zła i złamała prawo. Nie wiem skąd się u młodych ludzi bierze taka niechęć do buntu (albo chociaż popierania buntu) -- za moich czasów było jednak zupełnie inaczej... ale mam przypuszczenie, że to efekt kultury i wzorców, w jakich obecnie żyjemy.
    Jeśli komuś nie przeszkadza, że jego ukochany Facebook może go w jednej chwili wykopać "zaniemanie" racji co do regulaminu, jeśli akceptuje to, że producent jego ukochanego telefonu czuje się uprawniony do decydowania jakiego oprogramowania nelzja  -- to chyba tym łatwiej przyjąć mu, że o poważniejszych kwestiach też pomyśli za niego jakiś inny Wielki Brat...
  • o niekonwencjonalnej firmie Righthaven  ich metodach walki z "piractwem" już pisałem, o ich najnowszych pomysłach jeszcze nie. Świeży wynalazek to żądanie przekazania praw do domeny, pod którą udostępniany jest serwis internetowy, w którym rzekomo miało miejsce naruszenie autorskich praw majątkowych klienta Righthaven, czyli: skoro (rzekomo) jumiesz teksty, to licz się z tym, że my teraz zajumiemy tobie domenę.
    Poszło o to, że Drudge Report ponoć miał bezprawnie użyć zdjęcia pochodzące z Denver Post.
    Pozew można sobie ściągnąć stąd (ja zaś nieodmiennie jestem zachwycony amerykańskim obyczajem publikowania pism procesowych w sieci) -- dodam, że czekać tylko, aż takie pomysły zaczną przychodzić do głowy rodzimym walczakom;
  • narzekamy na małą skuteczność policji? że wykrywalność leży, że za dużo mundurowych za biurkami, za mało na ulicach (a ci, co wychodzą to nudzą się niekiedy wyjątkowo?) Oto i sposób na poprawienie statystyk: wystarczy, by każdy policjant przynajmniej raz w miesiącu sam sobie wlepił mandat, a od razu poprawią się wszelkie możliwe statystyki. 
    Absurd? Absurd. Ale czy wyjątkowy?
  • też dobre: kto jest większym "Tigerem" i czyj jest ten "Tiger"? Na razie wychodzi na to, że jedynym "Tigerem" w Polsce może być Dariusz Michalczewski, któremu udało się uzyskać w toku postępowania sądowego zabezpieczenie w postaci nakazu tymczasowego wstrzymania sprzedaży produktów oferowanych pod marką "Tiger".
    Co zaskakujące z opisu sprawy można wywnioskować, iż tym razem chodzi także o to, że z etykietek napoju zniknęła podobizna boksera (jest to dziwne, bo zwykle spór toczy się o bezprawne użycie czyjegoś wizerunku); nie mniej zamotana jest kwestia znaku towarowego: "tigerów" według wyszukiwarki znaków towarowych jest mnóstwo, m.in. jest logo pubu TIGER, ale już prawa do "Tiger energy shot" przysługują spółce Foodcare sp. z o.o., podczas gdy Fundacja Darka Michalczewskiego -- Równe Szanse ma aż dwa podobne znaki "Tiger energy water";
  • nie mniej interesująca jest sprawa odpowiedzialności PZU za wykonania zobowiązania z tytułu zawartej umowy ubezpieczenia żaglowca "Fryderyk Chopin" -- ważne także w kontekście tego czym jest ubezpieczenie i czy warto się ubezpieczać. Oto jak się okazuje łajba była ubezpieczona na pełną jej wartość, szkody wyrządzone niedawnym uszkodzeniem wyceniono na mniej-więcej 1/3 wartości żaglowca, składka jest opłacana od 20 lat -- co nie przeszkadza PZU odmówić wypłaty odszkodowania.
    Nie wiem jaką oni mieli polisę, a w szczególności jakie były tam wyłączenia, ale ogólnie można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że większość ofert ubezpieczeniowych to zwykłe oszustwo. Płacisz kierowco składkę za AC auta latami (po 10 latach łączna wartość składek może przekroczyć wartość pojazdu), ale jak przyjdzie co do czego, to się okazuje, że nic z tego nie będzie;
  • i na koniec: oczywiście nie można mieć krytycznego spojrzenia na odmowę wypłaty odszkodowania, a na pewno nie można dzielić się takimi poglądami na Facebooku. Tam "za karę" po prostu wywalają na zbity pysk -- obecnie zniknięty jest cały profil żaglowca Fryderyk Chopin (gdzie opisywano m.in. jego ostatni, niefortunny tekst -- zniknięty jakby to jakiś chiński dysydent był...)
    To ciekawy temat do dyskusji o wolności, w tym wolności słowa i wolności w internecie (patrz uwaga nr 2 powyżej, napisane w piątek), ale rozwinę temat w owej quasi-recenzji sobotnio-niedzielnego spotkania w Gdańsku.
Komentarze (24)
O społeczeństwie informacyjnym na podstawie WikiLeaks
 Oceń wpis
   

Julian Assange, WikiLeaks, at New Media Days 09

O zorganizowanym przez WikiLeaks wycieku amerykańskich depesz dyplomatycznych  mówi się wiele -- głównie w kontekście politycznych konsekwencji niegodnego czynu "przestępcy" i "terrorysty" Juliana Assange -- mało kto jednak wydaje się dostrzegać pewien drobny acz ciekawy niuans.

Otóż politycy odżegnujący autorów wycieku od czci i wiary ("komunistyczna bojówka" -- brawa dla tego pana!) oraz grożący twórcy organizacji WikiLeaks różnorakimi konsekwencjami (albo dla odmiany twierdzący, że przecież nic się nie stało) jak jeden mąż (stanu) posługują się zmodyfikowanym prawem Kalego: jak państwo podsłuchowywać, to dobrze, ale jak państwa podsłuchowywać, to niedobrze.

Z niejasnych dla mnie przyczyn przyjmuje się za pewnik, że państwo -- jego szeroko pojęte służby -- mogą mieć swoje interesy i swoje sprawy (niekoniecznie tożsame z interesami i sprawami jego obywateli), od których szarakom zdecydowanie wara. Szarak ma wyłącznie jedno zadanie: ma płacić za to wszystko, za te limuzyny i gabinety, za te klatki przeciwpodsłuchowe, za te Blackberry, które najpierw MSZ sobie kupuje, aby następnie się dowiedzieć, że wszystko idzie przez Kanadę. W żadnym przypadku nie wolno mu rezonować.

Tymczasem moim skromnym zdaniem organizacja WikiLeaks (ja przepraszam wszystkich żurnalistów, ale to nie "portal", to jakieś stowarzyszenie) od samego początku odwala kawał dobrej roboty -- i nie inaczej jest tym razem. Różnica bierze się chyba z tego, że wcześniej mierzyli w pojedyncze banki, w jakieś skorumpowane afrykańskie rządy (najbardziej na pieńku mają chyba z Kenią), w firmy-trucicieli, udaremniali naciski uciszające prasę... -- co nie zmienia faktu, że już prawie 3 lata temu ujawniono dokumenty dowodzące, że kontrwywiad USA planował skompromitowanie WikiLeaks -- zaś od paru miesięcy bezczelnie walą w największy rząd na świecie (najpierw materiały dotyczące operacji w Iraku, a teraz depesze dyplomatyczne).

Rzecz w tym -- może będę mówił jak komunista, a na pewno sam wyczuwam w moich słowach tony anarchistyczne -- że obywatele demokratycznych państw chyba naprawdę mają prawo wiedzieć co te pieprzone rządy knują przeciwko nam. Że dyplomatom zleca się uzyskanie danych biometrycznych szefa ONZ (ciekawe po co?), że Waszyngton jest przyciskany w sprawie Iranu nie tylko przez Izrael, ale także przez rzekomo sprzyjające Teheranowi państwa arabskie, że podatnik buli ciężką forsę "na Afganistan", chociaż administracja Obamy doskonale wie, że tamtejszy rząd jest do cna skorumpowany, etc. etc.
Oczywiście, nikt, w tym żadna władza nie lubi jak ktoś ujawnia tajne sprawy, w tym kuchnię dyplomacji polityki światowej -- jednak na szczęście my nie mamy obowiązku dopieszczać tej władzy w tym zakresie, ani też ulegać jej opiniom o tych, którzy w czynny sposób patrzą władzy tej na ręce.

 

PS na zdjęciu demoniczny Julian Assange, fotografia za New Media Days, obrazek dostępny na licencji CC-BY-SA 3.0.

Komentarze (19)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
O mnie
Olgierd Rudak
Olgierd Rudak, redaktor naczelny i wydawca czasopisma internetowego "Lege Artis". Prawnik, miłośnik ożywionej przyrody, gór, fotografii i psów; posiadacz "prawie" owczarka belgijskiego malinois o imieniu Boss. Z przekonania libertarianin, z wyboru stary kawaler ;-)
Najnowsze komentarze
2012-02-09 02:39
100 lat:
Słowo od Wydawcy i Redaktora Naczelnego ;-)
40 lat minelo jak jeden dzien: http://www.youtube.com/watch?v=7od4JA2Y274 100 lat...
2012-02-09 02:35
fgaf:
Słowo od Wydawcy i Redaktora Naczelnego ;-)
"czy naprawdę chodzi o to, że tyrania może zostać wprowadzona, pod warunkiem, że wypowie się[...]
2012-02-08 23:45
GŁUPI JASIO ZE WSI:
Słowo od Wydawcy i Redaktora Naczelnego ;-)
Olgierdzie, Regularnie ruszaj sobie skórką. To pozwala utrzymać równowagę hormonalną.[...]
2012-02-08 23:32
_MJK_:
Słowo od Wydawcy i Redaktora Naczelnego ;-)
Wszystkiego najlepszego z okazji 4 krzyżyka. A Bossowi cierpliwości, aby wytrzymał ze[...]
2012-02-08 21:53
olgierd:
"Słynne masło roślinne"
Odpoczywam :) Zaraz będzie nawet o tym tekst ;-) Nikt mnie nie zaprosił, na szczęście. Znów[...]
2012-02-05 11:27
tojaileśtamzrzędu:
"Słynne masło roślinne"
@Olgierd Troszkę offtopic. Olgierd zauważyłem ostatnio, że się zaniedbujesz, mało piszesz tych[...]
2012-02-04 16:01
ccichy:
Jak rozwiązać umowę zawartą we własnym domu?
Jezeli firma nie poinformowała o możliwości odstąpienia od umowy i nie zostawiła blankietu, to[...]
2012-02-04 15:48
ccichy:
Jak rozwiązać umowę zawartą we własnym domu?
Po polsku GŁUPI JASIU ZE WSI to się mówi -polska telekomunikacja. Jezeli odwrotnie to[...]
2012-02-04 11:51
Trzydziestoparolatek:
"Słynne masło roślinne"
Echh, wspomnienia. Uwielbialem ten smak w dziecinstwie. Rodzice cuda robili, zebym tego nie[...]
2012-02-02 10:50
howk:
Do 2 lat za podłączanie się do cudzych hotspotów
W sumie to wysyłanie niezabezpieczonego sygnału po za mury swojego mieszkania to to samo co[...]
2012-02-01 22:39
323dtrastfsc:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
Ta firma jeszcze istnieje?
2012-02-01 10:34
smalcożerca:
"Słynne masło roślinne"
Polecam jeszcze ten artykuł http://wyborcza.pl/1,76842,6279638,Bambus_w_szynce.html
2012-02-01 10:08
smalcożerca:
"Słynne masło roślinne"
Wydaje mi się, że jak zostało to już wspomniane, nazwa "Masło roślinne" jest nazwą własną[...]
2012-01-31 20:56
kazn:
"Słynne masło roślinne"
@mmm777 Rozumiem, że tradycją handlową i zdroworozsądkową nazywasz po prostu oszustwa. @Lenon[...]
2012-01-31 17:13
kubia:
Opinie prawne ws. zmian w OFE to informacja publiczna
ciąg dalszy, czy dobrze rozumiem że nsa odwróciło wyrok?[...]
2012-01-31 15:06
Lenon Zawodowiec:
"Słynne masło roślinne"
Ja myślę, że geneza masła roślinnego jest nieco inna - masło to olej. Masło roślinne - to w[...]
2012-01-31 14:21
mmm777:
"Słynne masło roślinne"
@Piotr z Warszawy Bardzo byś chciał innych zanudzić... Jest to po prostu tradycja handlowa,[...]
2012-01-31 11:09
Piotr z Warszawy:
"Słynne masło roślinne"
Można sobie deliberować na temat masła roślinnego, lokat w złoto czy też innych świnek morskich[...]
2012-01-30 23:23
mmm777:
"Słynne masło roślinne"
Olgierdowi się nudzi.... Kotlety sojowe schabowe:[...]
2012-01-30 22:24
ktostamjakis:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
a pewnie, że odsyłają, przecież jak ktoś umieści jeden, dwa pliki a ściągnięcia są znikome lub[...]
2012-01-30 22:02
infolinka:
"Słynne masło roślinne"
Masło Roślinne za czasów mojego dzieciństwa, czyli jakieś 35 lat temu, moja ciocia emerytka[...]
2012-01-30 19:22
homo homini:
"Słynne masło roślinne"
Ale o co Sz.P. Olgierdowi chodzi właściwie? Jam człek na tyle wiekowy, że masło roślinne[...]
2012-01-30 16:57
bibong:
"Słynne masło roślinne"
A do tego piwo bezalkoholowe i schabowy z indyka. A Olgierd chyba czepia się użycia słów[...]
2012-01-30 14:51
PPM:
Tańczyć z diabłem przy świetle księżyca
niewinną umową dotyczącą obrzydliwego podrabiania przemysłowych znaków towarowych (i nie mającą[...]
2012-01-30 14:00
Daeris:
"Słynne masło roślinne"
Jak przez mgłę pamiętam, że gdy na studiach (Żywienie Człowieka na SGGW w Warszawie) mieliśmy[...]