Hmm, tak mnie jakoś naszło w toku kolejnej nieistotnej dyskusji nt. zajmowania się państwa takimi przypadkami jak opisywana ostatnio w mediach sprawa pani, która nie nabiła kilkudziesięciogroszowej transakcji na kasę, czym uszczupliła majątek Skarbu naszego Państwa o całych groszy 2: dlaczego organy tegoż państwa są tak bezkompromisowo zdecydowane szybko i skutecznie zwalczać tego rodzaju drobnicę, zaś sprawy grube -- ciągną się dekadami.
Moja koncepcja jest -- tradycyjnie -- prosta jak konstrukcja cepa. Na potrzeby debaty (zamierzam bowiem wywołać tym wpisem ogólnonarodową debatę) nawałem ją Teorią Względności Apelacji.
Zgodnie z moją teorią zjawisko wałkowania spraw grubych oraz szybkiego rozwikływania sporów prostych można opisać prostą zależnością: Ryzyko Wniesienia Środka Odwoławczego, Który Może Okazać się Skuteczny Rośnie Wprost Proporcjonalnie do Grubości Sprawy, zaś Maleje Wraz z Małością Sprawy.
Modelem można opisać prawie każdą procedurę, w której interakcje Państwo-Obywatel (albo Obywatel-Obywatel) rozstrzygane są przy udziale organu władzy państwowej. Będzie tak zarówno w przypadku procesów sądowych, postępowań budowlanych, autostradowych, podatkowych i innych.
Teoria ta powinna przynieść mi Pokojową Nagrodę Nobla (albo w Dziedzinie Ekonomii, ponieważ wierzę, że modelem tym można opisywać i zjawiska politekonomiczne około 2029 roku. Do tego czasu możecie śledzić moje złote myśli za pomocą Twittera. Zachęcam też do zasubskrybowania LA w swoim ulubionym czytniku RSS.
W sprawie grubej, gdzie zaangażowane są, często po obu stronach, wielkie środki i pieniądze, organ rozstrzygający sprawę ryzykuje tym, że niezadowolony ze sposobu jej załatwienia zrobi wszystko dla podważenia rozstrzygnięcia pierwszoinstancyjnego. Oznacza to problemy zarówno dla oskarżającego prokuratora, wyrokującego sędziego, urzędnika-autora decyzji administracyjnej. Długotrwałość procedowania, wielość dowodów, mnożenie często zbytecznych ekspertyz ma świadczyć o wnikliwości chęci wszechstronnego wyjaśnienia sprawy.
W drobnych sprawach -- jak np. dwugroszowej zbrodniarki -- tego parcia nie ma, a na pewno nie jest ono aż tak silne. Większość niezadowolonych, nawet jeśli ma rację, odpuszcza sobie odwołanie: wiąże się to z kosztami, wiąże się to z dalej utraconym czasem (za 50 złotych nie warto), dodatkowo można zarobić łatkę pieniacza. Przeto i szanse utrzymania się nawet absurdalnego wyroku czy decyzji rosną. Organowi łacniej zatem pospieszyć się z werdyktem; ocena taka przypomina czasem wręcz przecięcie węzła gordyjskiego (co zarzutem samym w sobie nie jest, bo być nie może).




Generalnie ogólna teoria jest słuszna, ale podlega ona modyfikacjom odnośnie do
konkretnych postępowań. Przykładowo w postępowaniu gospodarczym, szczególnie przed
sądem okręgowym jako sądem pierwszej instancji, sprawy wloką się niemiłosiernie
(przynajmniej w Warszawie). Powodem niekoniecznie jest rozmiar sprawy, bo nierzadko
są to sprawy drobne, o sto kilkadziesiąt tysięcy, co dla kłócących się firm
telekomunikacyjnych, budowlanych itd jest sprawą groszową. Powodem przewlekłości po
pierwsze jest pewność, że apelacja będzie. Od każdej prawie sprawy zakończonej
wyrokiem jest apelacja. Poza tym powodem przewlekłości jest prekluzja dowodowa, która
postępowania miała przyspieszyć. Otóż z ostrożności procesowej w sprawach, w których
na ogół i tak wszystko wynika z kwitów, powołuje się dziesiątki niczego nie
wnoszących świadków, których potem słucha się na licznych terminach. Sąd musi
przeprowadzić te dowody, bo nie chce w apelacji dostać uchyłu (dużo gorzej wpływa na
statystykę, niż np. zmiana).
W efekcie wszyscy się bujają latami niezależnie od tego, czy sprawa jest poważna, czy
nie, tylko dlatego, że ustawa jest napisana tak, a nie inaczej. skomentuj
A o co ho z tym skanem kwitka? :) skomentuj
pozostaje zacisnąć zęby i zapłacić "drobnicę" ...tylko pozostaje niesmak i
wątpliwości co do funkcjonowania systemu. skomentuj
Po prostu żyjemy w takim gównianym systemie. Gdzie państwo gnoi ludzi dla przykładu.
Jedna kobieta nie zapłaciła, zrobią pokazówkę i tysiące innych emerytek zacznie
nabijać na kasę. Zasada, że państwo jest dla ludzi a nie na odwrót, nigdy przez całą
historię nie miało zastosowania. Zawsze ludzie pracowali na swoich wodzów, cesarzy,
króli, despotów i prezydentów z całą klasą rządzącą, tak jakby to było komukolwiek
potrzebne. Wszelkie regulacje prawne w większości służą umocnieniu władzy kosztem
obywateli, a egzekutywa zmusza do uległości. Generalnie ludzie nie mogą powiedzieć,
że mają dosyć i coś jest niesprawiedliwe bo nikogo to nie obchodzi. Więcej regulacji
prawnych to więcej spraw sądowych i ten cyrk cały czas jedzie na przód, tylko po to
żeby jechał. Takie perpetum mobile raz puszczone w ruch samo się napędza... Dla
przykładu podam to, że u mnie trwa kontrola z UM która weryfikuje wpłaty od podatku z
nieruchomości za ostatnie 5 lat. Dowiedziałem się, że mam płacić za płoty, które nie
należą do mnie tylko do miasta (nie mam ich w akcie własności). Wysłano do mnie
rzeczoznawcę, żeby oszacować WARTOŚĆ POCZĄTKOWĄ, nie obchodziło ich to że mam fakturę
zakupu na konkretną kwotę, która jest moją wartością początkową (nieruchomość kupiona
od miasta na przetargu) dowalili mi wartość początkową 4x większą. Do tego budynek
miał ogrzewanie centralne podczas zakupu, urzędas jakąś pokrętną logiką wymyślił, że
centralne założyłem sam i nie zgłosiłem tego, oraz nie opłaciłem podatku. Kontrola
trwa już przeszło rok. Co więcej urzędnik prosił o antydatowanie dokumentów
(upoważnienia) ponieważ nie zgadzały mu się wszystkie daty. Moja konkluzja jest
następująca, jak raz wpadniesz w tryby, to bez względu na to czy masz rację czy nie
to i tak jest się na tym stratnym, chyba że ma się grube tysiące na prawników, którzy
i tak wiele nie muszą wskórać ale kasę wezmą... skomentuj